Antropologia stosowana – Kopaniec
10 Luty 2010
Głos Małgorzaty Sztylińskiej (II rok mgr):
Wakacyjne badania w Kopańcu były przyczynkiem do mojego zainteresowania się antropologią stosowaną. Jak pisałam w swoim spojrzeniu na nasze badania w Kopańcu mój wyjazd był dość spontaniczny. Nie miałam planów wakacyjnych na lipiec, a ponieważ (zaintrygowana wcześniejszymi rozmowami z Mariolą Mysior) byłam też ciekawa co „proponuje” antropologia stosowana i czym się ona różni od wcześniejszych, wpisanych w program nauczania, badań terenowych. Projekt „Kopaniec” wciąż trwa, wciąż zastanawiamy się co zrobić, jak działać, aby zdziałać. Porzuciłam zatem swój bardzo zaimprowizowany pomysł (stworzony na potrzeby fakultetu) mający na celu ukazanie świata sprawnej fizycznie i intelektualnie młodzieży widzianego okiem osoby jeżdżącej na wózku inwalidzkim. Koncepcja ta przyszła mi do głowy w trakcie wypowiedzi jednego z uczestników fakultetu, natomiast moje zaangażowanie w projekt „Kopaniec” niejako „ostudziło” moją spontaniczność w kontekście kontynuowania powyższego, „młodzieżowego” projektu.
Plan naszych ”kopańcowych” działań jest mniej więcej ustalony, a ponieważ osoba prowadząca fakultet jest zaangażowana w ten projekt, nie będę się dublować. Jednak ujmując kwestię projektu w skrócie, postaram się jednocześnie przedstawić moje stanowisko względem antropologii stosowanej. Punktem wyjścia było zaangażowanie nas – prawie wszystkich uczestników wyjazdu, w problem braku integracji mieszkańców wioski i ich podział na dwie opozycyjne grupy. Następnie miał miejsce 5-6 dniowy wyjazd do Kopańca, w takcie którego najpierw przeprowadzaliśmy wywiady w grupach (najczęściej) dwuosobowych, następnie negocjowaliśmy wspólne sensy, wspólną prawdę. I od tego momentu, z biegiem czasu coraz bardziej sceptycznie myślę nie tyle o naszych badaniach, tylko o tym, co robimy, co mamy zamiar zrobić dalej. W konsekwencji, z zebranego materiału wysnuliśmy wnioski, że mieszkańcy ze względu na liczne podziały, mniejsze lub większe antypatie (o których mniej więcej wiedzieliśmy przed przyjazdem), nie potrafią się zintegrować, w związku z tym my – jako przyszli lub już antropolodzy dysponujący wiedzą o kulturze sensu largo, powinniśmy umożliwić mieszkańcom pełną/większą integrację. Tu wsłuchując się w głos mieszkańców Kopańca – umożliwić spełnienie postulatów takich jak np. stworzenie boiska (czy też świetlicy), które to miejsce mogłoby się stać punktem tworzenia nowych „więzi”. Zasadniczo nie pytając się tych ludzi czy takiej integracji oczekują, wszak na boisku mogą się zamiennie spotykać „zwaśnione” (pod)grupy. W pełni rozumiem zaangażowanie ze strony Violi, ponieważ mieszkając w okolicy i uczęszczając tam do szkoły jest związana z Kopańcem, także emocjonalnie. Nie przekonuje mnie natomiast wielkie zaangażowanie, przynajmniej deklarowane przez niektórych, po zaledwie kilku dniach pobytu w miejscowości. Nie chcę tu twierdzić, że podjęty przez nas problem jest porywaniem się „z motyką na słońce”. Wydaje mi się jednak, że eksperyment, w którym uczestniczymy nie jest prosty do realizacji, ponieważ my nic o tych ludziach nie wiemy, nie znamy ich, nie znamy szerszego kontekstu w jakim się znajdują, nie wiemy co powoduje konflikt, poza tym co poszczególni mieszkańcy chcieli nam powiedzieć. Kilka dni to zbyt mało, aby zbadać teren, zdobyć zaufanie pytanych przez nas osób. Także zaskakujące jest dla mnie łatwość jednoznacznego określenia się po której stronie „stoimy” (na spotkaniu w zeszłą środę zapytałam się o to i usłyszałam odpowiedź (parafrazując) „przecież wiadomo po której stronie się opowiadamy”) i kto w tym kopańcowym sporze jest „ofiarą”. Bo ja nie wiem, po której stronie powinnam (?) się określić. Każda ze stron sporu ma swoje racje, jak i uparcie stoi przy swoim (naszym zdaniem błędnym) stanowisku. Tym bardziej, iż po kilkudniowych badaniach (i tu się powtórzę), że my o tych ludziach nie wiemy nic, a nasze sympatie bądź antypatie są raczej intuicyjne niż poparte „faktami”. Poza tym, że wiemy, iż w sąsiedniej wiosce społeczność jest zintegrowana przez wspólną działalność kulinarno – artystyczną i tę sytuację, możliwości chcemy „zobaczyć” w Kopańcu.
Jeżeli nasze działania mają przynieść korzyść obu stronom konfliktu (czy też trzem stronom, włączając nas), jeżeli mamy stanowić zewnętrzny (oczywiście nie neutralny) bodziec integracji mieszkańców, to winniśmy ich poznać, pozwolić im mówić, zanim będziemy wypowiadać sądy. Badania przeprowadzone w lipcu owszem zakładały możliwość wypowiedzi naszych interlokutorów, niemniej jednak służyły one potwierdzeniu lub obaleniu tezy z jaką przyjechaliśmy. W konsekwencji tworzone przez nas wspólne prawdy, które są zatwierdzone kilkoma wywiadami z poszczególnymi, raczej reprezentacyjnymi osobami, stają się prawdą obiektywną dla członków projektu „Kopaniec” (tak jest, bo powiedział/-a to Pan/Pani X/Y). Na ich podstawie tworzymy założenia, co możemy zrobić dla mieszkańców, aby byli szczęśliwsi. Począwszy od organizowanego przez nas festynu, który skierowany będzie na aktywizację całej wioski, poprzez zajęcia z dziećmi, aż po pokazanie mieszkańcom, w jaki sposób starać się o dotacje (pomijając przy tym fakt, iż gmina, do której administracyjnie przynależy Kopaniec, stara się i dostaje najwięcej dotacji w Polsce). Ponad to, poprzez niejako organizowanie „im” „wolnego czasu”, albo obligowanie mieszkańców do wspólnych działań w przestrzeni publicznej Kopańca nie traktujemy „ich” wszystkich jako równorzędnych partnerów, jako ludzi kompetentnych i świadomych swojego statusu, zaistniałej sytuacji, lecz „wsiowych półgłówków”, którzy czekają na… no właśnie, na co? Na to aż „im” powiemy „coś”, co sprawi, iż będą aktywni społecznie, że zredefiniują czym jest kultura wysoka, że im się „zachce” działać. Oczekujemy entuzjazmu, w momencie, kiedy sami jesteśmy go pozbawieni (chociażby czas trwania przygotowania (w konsekwencji) banalnych i mało odkrywczych wniosków trwa już szósty miesiąc, bark zaangażowania w ten projekt antropologii stosowanej tłumaczy się inną działalnością). Oczywiście, nie zakładamy przecież, że „oni” wiedzą co powinni robić, gdzie się zwrócić, a nie czynią tego z innych powodów, o których nie wiemy, gdyż nasze badania były przeprowadzone wybiórczo (poza tym, że ci, którzy się tym zajmowali stracili zapał, lub propagują kulturę wysoką par excellence). Owszem, z końcem lutego będziemy rozmawiać w Kopańcu, o tym co mieszkańcy chcieliby zmienić. Natomiast w moim poczuciu, my już „wiemy” co oni by chcieli. Nie chcę być złym prorokiem, ale gdyby nie nacisk na Violę, abyśmy przyjechali i zreferowali to co zrobiliśmy, prawdopodobnie zjawilibyśmy się w Kopańcu w kolejne wakacje już z gotowym projektem „pomocy”.
Nie utożsamiam tych badań z naiwnym i utopijnym aktywizmem (a z takimi opiniami o antropologii stosowanej spotkałam się na Twoim blogu), to są raczej rozterki moralno- etyczne. Niemniej jednak chciałabym uczestniczyć w eksperymentalnym projekcie aż do końca, ponieważ jestem ciekawa jak on będzie wyglądał i jakim skutkiem się zakończy, co z tego powstanie i czy moje krytyczne spojrzenie okaże się mrzonką. Nie miałam także zamiaru dyskredytowania wiedzy uczestników (choć taki wydźwięk mogła mieć moja wypowiedz. Nie, niech będzie jak największa!). Natomiast chciałam zaznaczyć, iż w moim wewnętrznym poczuciu sprawiedliwości działania jakie prezentujemy (w zasadzie bez zapoznania się z opiniami choćby większości osób, do których nasze działania maja być skierowane docelowo, a raczej posługiwaniu się efemerycznymi hipotezami), ja jako uczestniczka badań nie mogę uzurpować sobie prawa do określania czym dla „innych” jest szczęście.
Głos Violi Pietrzak (II rok mgr):
Napisać, czym jest dla mnie antropologia stosowana to rzecz niezwykle trudna. Tuż po zajęciach, na których dowiedziałam się, że mamy to zrobić pomyślałam, że zaczekam jakiś czas, poczytam jeszcze co nieco, poukładam wszystko w głowie. Ale szybko doszłam do wniosku, że to nic absolutnie nie da. Dla mnie antropologia stosowana jest bowiem już czymś dość konkretnym i o ile czytanie może do czegoś zainspirować, otworzyć oczy na pewne problemy to nie zmieni raczej mojego ogólnego pojęcia na temat tego, czym w ogóle antropologia stosowana powinna być. Bo trudno mówić, że już jest.
Myśląc nad badaniami w Kopańcu, do których zapewne wiele razy będę się odwoływała, myślałam: to będzie antropologia stosowana. I o ile mnie pamięć nie myli tak nawet nazwałam to we wniosku, który składałam w Dziale Młodzieżowym. Pisząc to, kierowałam się jednak bardziej intuicją niż wiedzą. Ale w antropologii to często tak cienka granica, że wybaczam sobie to posunięcie… Intuicją, ponieważ nie byłam, przyznaję, zbyt oczytana w tym, co pisze się w Polsce na temat antropologii stosowanej (o ile w ogóle się pisze), a applied anthropology kojarzyło mi się z etnologiem z karabinem na ramieniu lub antropologiem pracującym dla dużych firm, który myśli nad tym, co zrobić, żeby przedsiębiorstwo lepiej funkcjonowało. Moja stosowalność antropologii (czy jest takie słowo??) była jednak daleka od tego rozumienia. Była za to i jest wciąż dość bliska animacji społeczno-kulturalnej. Bliska, ale nie taka sama.
Mogłabym zgodzić się z tym, że antropologia stosowana to po prostu taka, z której robi się użytek i która czemuś służy. Termin użytek i to, czemu może służyć, musi jednak być doprecyzowane. Służyć ma bowiem nie nam, chociaż de facto zawsze nam również służy, ale badanej społeczności. Antropologia stosowana w moim ujęciu jest bardzo blisko problemów badanej społeczności i łączy się z pewną formą jej aktywizmu. Nie przybiera to jednak formy takiej, jaką przybiera czasem w animacji: że to animator doskonale wie, czego chce dana grupa społeczna, mieszkańcy danej miejscowości itd. Żeby tego uniknąć początkowo konieczne są badania terenowe, w trakcie których powinniśmy określić potrzeby lokalnej społeczności. Dopiero po tym etapie możemy myśleć o tym, jak wykorzystać naszą wiedzę i zaproponować pewne działania. Musimy się jednak liczyć z tym, że działania, jakich oczekuje społeczność czasem mogą kompletnie minąć się z tym, o czym myśleliśmy my sami. Antropolog, jako ktoś, kto jest otwarty na inność i różnorodność świata, nie powinien mieć wielkiego problemu z tym, żeby zaakceptować punkt widzenia danej społeczności. W tym miejscu nasze oceny, sądy i pomysły muszą odejść na plan dalszy. Najważniejsza pozostaje badana społeczność. Nie oznacza to jednak, że sami nie możemy jej czegoś zaproponować. Powinniśmy to zawsze jednak robić przy konsultacjach z daną społecznością. Najlepiej, gdybyśmy potrafili tak ukierunkować nasze wspólne działania, aby to społeczność sama „doszła” do tego, czego chce, czy pragnie jakichś zmian i w jakim kierunku one powinny zmierzać.
Rola badacza w antropologii stosowanej może wydawać się więc bardzo mała. Właściwie może ktoś uznać, że jest on w ogóle niepotrzebny. Nic jednak bardziej mylnego. Antropolog jest bowiem głównie po to, żeby dokonać rozpoznania potrzeb i koordynacji całego projektu. Może również, jeśli zajdzie taka potrzeba brać udział w mediacjach między różnymi grupami (w przypadku kiedy w danym miejscu są jakieś zwaśnione grupy lub być pośrednikiem między społecznością a lokalnymi władzami). Antropologia stosowana to bowiem również i nie można o tym zapominać zaangażowanie. Zaangażowanie jest czymś zupełnie normalnym i nie oznacza stronniczości. Zaangażowanie pojmuję tu jako rzeczywiste zainteresowanie tym, żeby osiągnąć wyznaczony przez społeczność cel. Stronniczość jest chyba najmniej pożądaną cechą antropologa w tym przypadku. Utrudnia bowiem wiele działań.
Antropologia stosowana sprowadza się ostatecznie do tego, że realizuje się jakiś większy bądź mniejszy projekt, zbliżony do projektów animacyjnych, skierowany do lokalnej społeczności. A projekty potrzebują finansowania. Można je zdobyć między innymi od miejscowych władz, od miejscowych zakładów państwowych czy prywatnych. Nie powinniśmy tu chyba wybrzydzać i doszukiwać się źle pojętej polityczności. Sztuką, którą opanować musi wg mnie „antropolog stosowany” jest umiejętność nawiązywania dobrych relacji ze wszystkim: od urzędników po miejscowych pijaczków (przepraszam za określenie!).
Zmierzając już do końca można powiedzieć, że antropologia stosowana to antropologia wieloetapowa (najpierw badania, później „uzgadnianie” wyników, ich analiza, zachęcanie do działań, działania). To również antropologia mocno wpływająca na nasze prywatne życie, bo zabierająca dużo czasu, a niekoniecznie przynosząca spektakularne korzyści finansowe. To antropologia zaangażowana. To antropologia pozostająca bardzo blisko ludzi, których dotyczy, zarówno badanych, jak i samego badacza (pozostanę przy tym nazewnictwie). To wreszcie antropologia wciąż w Polsce pozostająca daleko poza akademią.
PROJEKT: Co by tu zmalować ?
7 Luty 2010
Ewa Buczkowska (II rok mgr) pisze:
W niniejszej pracy chciałabym omówić projekt „Co by tu zmalować?”. Skierowany on jest do młodzieży z blokowisk zagrożonych wykluczeniem społecznym. Zakłada on przeprowadzenie cyklu warsztatów, których uczestnikami będą chłopcy i dziewczęta w wieku gimnazjalnym mieszkający na terenie osiedla Gaj we Wrocławiu. Celem jest pokazanie młodym osobom kreatywnych form spędzania wolnego czasu oraz skierowanie ich uwagi na wyrażanie siebie poprzez sztukę i muzykę.
Warsztaty prowadzone będą w budynku Gimnazjum 25, które usytuowane jest w samym sercu osiedla, na terenie którego terenie, po zajęciach lekcyjnych młodzież spędza wolny czas pijąc piwo i siedząc na ławkach. Warsztaty obejmować będą swym zakresem tematykę graffiti, breatboxingu, djingu, mcingu oraz breakdance. Zajęcia odbywać się będą 2 razy w tygodniu, od października do maja (w ciągu roku szkolnego). W czasie ich trwania czas podzielony będzie na część teoretyczną i praktyczną. W miesiącu wrześniu trwać będzie nabór kandydatów i ich selekcja, przy współpracy z pedagogiem szkolnym. Zajęcia prowadzone będą przez osoby zajmujące się wymienionymi dziedzinami od wielu lat, cieszące się uznaniem wśród osób tworzących tzw. wrocławską scenę hiphopową
Zajęcia prowadzone w ramach „Co by tu zmalować?” mają pokazać młodym osobom możliwości własnego rozwoju, zaszczepić w nich pasję, która w przyszłości może przynieść im spore korzyści finansowe i osobiste. W Polsce nie stać młodych osób na zakup gramofonów, mikrofonu a czasem także farb w sprayu, tylko po to, żeby spróbować czegoś nowego. Młode osoby powinny mieć okazję darmowego kontaktu z materiałami niezbędnymi do ich rozwoju w tym kierunku, aby mogły przekonać się czy jest to właśnie to co ich interesuje, żeby mogły poszerzyć swoje horyzonty. Ponieważ w życiu codziennym inspiracją dla wielu młodych ludzi mieszkających na blokowiskach są raperzy i inni przedstawiciele kultury hiphopowej należy młodym ludziom dać szansę naśladowania swoich idoli w sposób kreatywny, twórczy. Młodzi ludzie bardzo często z tekstów utworów hiphopowych czerpią tylko treści hedonistyczne nie skupiając się na tym, jak bardzo kreatywna jest ta kultura. Koszt projektu to cena zakupu materiałów potrzebnych do realizacji poszczególnych zadań. To zakup płócien, farb w sprayu, kartek do projektów, pisaków, ołówków i cienkopisów, dwóch kompletów sprzętu dla profesjonalnych Dji, 4 mikrofonów, programu FruityLoops Studio, opłaceniu trenerów i osób prowadzących warsztaty. Szkoła zgodziła się bezpłatnie udostępnić sale lekcyjne (łącznie z salą informatyczną i gimnastyczną).
Przygotowania poprzedzające właściwą, warsztatową część projektu to wybór odpowiednich kandydatów przy współpracy z pedagogiem szkolnym, wychowawcami oraz nauczycielami muzyki i plastyki. Czas przeznaczony na warsztaty podzielony zostanie na 4 bloki tematyczne (graffiti, DJing, beatbox+Mcing oraz breakdance), z których każdy będzie trwał 2 miesiące. Każdy blok tematyczny kończyć się będzie podsumowaniem i prezentacją zdobytych umiejętności. Będą to kolejno: graffiti jam na murach szkoły połączony z wystawą prac na płótnach, zorganizowanie dyskoteki szkolnej prowadzonej przez uczestników warsztatów podczas której prezentowane i rozdawane będą utwory nagrane przez młodzież, pokaz tańca breakdance. Ponieważ warsztaty wymagają sporych nakładów pracy i czasu grupę uczestników należało zmniejszyć w porównaniu do tego co planowałam pierwotnie. O ile warsztaty graffiti w początkowej fazie, tj. nauki podstaw rysunku, szkicu i projektowania prac mogą być przeprowadzane w dużych grupach to ich dalszy przebieg wymaga już indywidualnej pracy z każdym uczestnikiem. Tak samo w przypadku pozostałych warsztatów. Ostatecznie grupa uczestników będzie liczyła 10 osób.
Uważam, iż cykl takich warsztatów może przynieść duże korzyści nie tylko osobom uczestniczącym, ale również ich rówieśnikom. Od początku kultura hiphopowa była szerzona poprzez przekaz ustny, przekazywanie swych umiejętności face to face. Jeśli jedna osoba z klasy zdobędzie wiedzę z pewnej dziedziny, może przekazywać ją pozostałym na lekcjach muzyki, plastyki, wfu czy na podwórku pozostałym kolegom. Młodzież dzięki temu ma szansę odnaleźć się w zajęciach aktywnych i rozwijających.
KW: Czy to jest właśnie antropologia stosowana?
Akademia rozwoju animacyjnej aktywności
5 Luty 2010
Stowarzyszenie „Pracownia Etnograficzna” im. Witolda Dynowskiego powstało w 2006 roku w Warszawie z inicjatywy studentów i absolwentów Instytutu Etnologii i Antropologii Kulturowej Uniwersytetu Warszawskiego. Od sierpnia do grudnia 2009 roku Pracownia realizowała projekt „Akademia Rozwoju Animacyjnej Aktywności”. Efektem tego przedsięwzięcia jest publikacja dotycząca możliwości i sposobów realizacji projektów animacyjnych, kulturalnych i społecznych przez osoby związane zawodowo z antropologią kultury, etnologią, etnografią oraz naukami pokrewnymi. Twórcy projektu piszą:
Chcemy, by studenci i absolwenci nauk społecznych, posiadając odpowiednie predyspozycje naukowe, zdobyli także umiejętności i wiedzą potrzebną do tego, by urzeczywistnić swoje pomysły na działania.
Sama publikacja powstała na bazie doświadczeń projektu „ARAA”, podczas którego młodzi ludzie brali udział w warsztatach przygotowujących do realizacji własnych projektów animacyjnych i społecznych, spędzili tydzień w Teatrze Węgajty, a następnie przy wsparciu specjalistów wypełniali wnioski o dofinansowanie planowanych inicjatyw. Bazując na tych doświadczeniach oraz wykorzystując wiedzę osób zaangażowanych w realizację całego przedsięwzięcia, zespół ARAA postanowił podzielić się z innymi, tym co uznał za najistotniejsze w działaniu animacyjnym.
Na swoim blogu stowarzyszenie zaprasza do lektury publikacji „ARAA”. I ja również zapraszam (- :
Dlaczego wybrałem ten fakultet?
3 Luty 2010
Oskar Abrahamczyk (II rok lic.) pisze:
Dokonując wyboru, kierowałem się kryterium intrygująco brzmiącej nazwy. Gwoli prawdy, nie miałem pojęcia, czym jest owa „antropologia stosowana” i w jaki sposób przejawia się jej „stosowanie”, niemniej spodziewałem się pewnej dozy zaangażowania, wykazywania inicjatywy i wykorzystania teorii w praktyce.
Miałem nadzieję, że enigmatyczna nazwa – „antropologia stosowana” będzie odnosić się do takiej antropologii, z której można zrobić użytek. Z perspektywy czasu i odbytych zajęć, stwierdzam, iż moje intuicyjne wyobrażenie niewiele odbiegało od prawdy, a sam wybór fakultetu, był dobrym pomysłem.
Czym wg mnie jest antropologia stosowana?
Najbardziej ogólnikowo, moją definicję antropologii stosowanej można sprowadzić do stwierdzenia, że to taka antropologia, która wykorzystuję teorie w praktyce.
Antropologia w działaniu, to znaczy taka, która wychodzi poza mury katedr i instytutów, nie jest nauką dla nauki – ciągłym pędem do tworzenia coraz to nowych teorii i obalania starych, prowadzeniu badań terenowych, z których nic nie wynika, poza kilkoma publikacjami, których owocem jest kolejna „odkrywcza” teoria. Antropologia stosowana to nauka, która została oddana do użytku. Studia są tylko procesem przygotowawczym, podstawą, którą należy przyswoić, sposobnością do poznania teorii by potem wykorzystywać je w życiu.
Taka wiedza może znaleźć swoje zastosowanie w pracy dla organizacji rządowych, agencji rozwoju, placówek oświaty, grup etnicznych oraz na zlecenia firm.
Nie można ukrywać, że tego typu współpraca może iść w parze z wymiernymi korzyściami, nie mniej jednak uważam, że antropologia to taka sama nauka jak inne, nieposiadająca monopolu na idealizm i etykę, „która w dzisiejszych czasach jest luksusem”, co już wielokrotnie podkreślano.
Jaka jest moja opinia na temat antropologii stosowanej?
Jak dotychczas, jedyną okazją by poznać tą dziedzinę antropologii były zajęcia fakultatywne, z których czerpałem całą swoją (bezrefleksyjną) wiedzę odnoszącą się do „antropologii stosowanej”. Niemniej jednak, stosowanie antropologii w praktyce, jest dla mnie intrygującą ideą, która w zmieniła mój sposób postrzegania antropologii kulturowej, jako nauki, którą można uprawiać tylko za pośrednictwem akademii. Myślę że potrafiłbym się w niej odnaleźć i partycypować w jej działaniu.
Zdaniem Maugo (I rok mgr):
Antropologia stosowana jest naszą szansą na pracę. Mówiąc „naszą” mam na myśli studentów/absolwentów etnologii (nie tylko katedry wrocławskiej). Jeżeli kończąc studia, chcemy wykorzystać zdobytą wiedzę nie ograniczając się jedynie do „antropologicznego spojrzenia” – nie mamy wyjścia. Nie chcę przez to powiedzieć, że antropologia stosowana jest smutną koniecznością! Jest nas coraz więcej, więc nasze możliwości ciągle rosną. Dlaczego tego nie wykorzystać? Spróbujmy udowodnić (również sobie!), że wiedza antropologiczna może przydać się w biznesie, marketingu, public relations, działalności organizacji (poza)rządowych, pomocy społecznej, edukacji itp. itd. Jeśli nie my, to kto i jeśli nie teraz, to kiedy?
Powszechnie dostępne statystyki nie mówią ilu absolwentów rokrocznie na rynek pracy wypuszczają katedry i instytuty etnologii. Spróbujmy więc z drugiej strony: Uniwersytet Warszawski – 40 miejsc na studiach stacjonarnych i 70 na niestacjonarnych, Uniwersytet Łódzki – odpowiednio 40 i 45 (plus 50 wieczorowych) dodajmy do tego UAM, UMK, Uniwersytet Śląski, Jagielloński i oczywiście Wrocławski. Wszędzie limity miejsc wyglądają podobnie. Nikt chyba nie sądzi, że wśród nas są sami przyszli profesorowie, spadkobiercy rodzinnych firm i beztroscy podróżnicy.. Chcemy mieć możliwość wykorzystania naszej wiedzy i umiejętności poza akademią. I w tym miejscu otwierają się drzwi antropologii stosowanej. Dziedziny tyleż perspektywicznej, co mglistej.
Znalezienie rzeczowych informacji na temat stosowanej w języku polskim to nie lada wyzwanie. Publikacji anglojęzycznych jest znacznie więcej, ale trudno przełożyć je na nasze, polskie podwórko (niejednokrotnie mówiliśmy o tym podczas zajęć). Dla mnie antropologia stosowana oznacza praktykę. Konkretną aktywność, która przynosi konkretne rezultaty. To działanie, które nie boi się odpowiedzialności. Właściwie współdziałanie. Antropolog „stosujący” nie pracuje sam. Jego badania, ich opracowywanie i wyciąganie wniosków odbywa się przy czynnym udziale samych badanych. Fundamentalną zasadą jest dialog i „negocjowanie znaczeń”. Taka współpraca zwiększa prawdopodobieństwo, że zmiana zachodząca w danej grupie będzie zmianą pożądaną i „społecznie użyteczną”. (Można pokusić się o przywołanie klasyka:
Badania potrzebne w praktyce społecznej można najlepiej scharakteryzować jako socjotechnikę i zarządzanie społeczne. Jest to rodzaj badania w działaniu (action research), badanie porównawcze, którego efektem i warunkiem są różne formy aktywności społecznej i które prowadzi do aktywności społecznej. Badania produkujące tylko książki nie są dla celów społecznych wystarczające [Kurt Lewin, 1946]).
Projekt, który opracowałam na zajęciach nie był „zastosowaniem” antropologii. Zamierzałam przeprowadzić warsztaty dziennikarskie (redagowanie tekstów, zapoznanie z dziennikarstwem obywatelskim, uświadomienie możliwości wyrażania własnego zdania itp.) w małej miejscowości (ok. 900 mieszkańców). Z góry założyłam, że takie warsztaty cieszyłyby się dużym zainteresowaniem, przekładającym się na późniejsze zaangażowanie w sprawy lokalnej społeczności i owocujące tekstami dziennikarskimi zamieszczanymi w Internecie. Na tę chwilę projekt został zawieszony. Zawisł w próżni, bo potencjalni uczestnicy warsztatów, cele i założenia projektu wzięci byli z kosmosu. Pozostaje wyciągnąć wnioski na przyszłość.
Nie mogę mówić za wszystkich i nie mogę mówić za większość. Ale mogę powiedzieć za siebie: Tak, chciałabym w przyszłości pracować jako antropolog. Tak, chciałabym wykorzystywać w swojej pracy narzędzia, jakie może dać mi antropologia stosowana. Dobrze jest mieć taki wybór.
Krytycznie o antropologii stosowanej
1 Luty 2010
Jakub Jamróz (I rok mgr) pisze:
Antropologia stosowana i antropologia zaangażowana to obecnie najgorętsze tematy w debacie o przyszłości naszej dyscypliny. Największy problem w dyskusji stanowi rozmycie definicji, brak jednoznacznej odpowiedzi na pytanie czym miałyby się charakteryzować te gałęzie. Brak konkretyzacji jest to jednak bolączka, z którą próbuje, praktycznie od początku, walczyć cała antropologia. W tym przypadku jednakże jest to aspekt dużo bardziej widoczny, gdyż mamy do czynienia z rzeczami jeszcze nie do końca ukształtowanymi. Przez lata swoich studiów próbowałem dowiedzieć się jak najwięcej czym miałoby być to stosowanie czy zaangażowanie. Każda kolejna definicja czy spojrzenie wprowadzały tylko coraz większe zamieszanie w mojej głowie. Jednoznacznej odpowiedzi na pewno nie udało mi się znaleźć. Z jednej strony działanie wpływające na jednostki, próba poprawy świata, z drugiej niezrozumiałe przykłady, jakim był dla mnie udział w zajęciach Applied Ethnology na bratysławskim uniwersytecie, gdzie dowiadywałem się o festiwalach folklorystycznych i używaniu etnografii w telewizji(!). W tym tekście chciałbym pominąć wszelkie kwestię definicyjne, które, szczerze mówiąc, w większości są dla mnie ciężko zrozumiałe, a skupić się na najogólniejszych aspektach, które nie pozwalają mi się jednoznacznie opowiedzieć za antropologią stosowaną.
Większość zajęć antropologa rozpoczyna się od badań terenowych i to właśnie od nich chciałbym rozpocząć. Sam jestem zwolennikiem głębokiego „wejścia” w teren. Nie przekonują mnie suche wykresy czy wyniki badań. Będąc w nowym miejscu uważam, że powinno się jak najwięcej czasu spędzać na swobodnych rozmowach (bez krępujących dyktafonów) czy obserwacji. Same rozmowy powinny być natomiast jak najbardziej wyczerpujące, jednak bez nakładania na siebie obowiązku zdobycia jak największej ilości oczekiwanych odpowiedzi. Wyciąganie i przedstawianie wniosków z takiego pobyty w terenie jest fascynujące. Sądzę również, że taka postawa powoduje równocześnie zaangażowanie antropologa, ponieważ poznaje on dużo głębiej swojego rozmówcę czy jego problemy.
Jednak czy za takim pobytem w terenie powinny następnie iść konkretne działania, które miałyby na celu pomoc badanym? Na to pytanie jednoznacznie odpowiedzieć nie potrafię. Złe, na pewno, jest przekonanie, że wie się lepiej o tym co potrzebne jest rozmówcy od niego samego. Najgorsze zdania jakie słyszałem podczas dyskusji o antropologii stosowanej to właśnie te, które mówią, że my wiemy lepiej co tu jest potrzebne. Uważam, że jakiekolwiek działanie musi być przeprowadzane przy pełnej zgodzie i najlepiej współpracy osób, którym chcielibyśmy pomóc. Jednak nie może to być równocześnie narzucenie naszego światopoglądu. Za wielką zaletę antropologii uznaje możliwość pokazywania Inności, różnych ścieżek czy rozwiązań. Tak też wyobrażam sobie idealne działanie, jako ukazanie alternatywy i pozostawienie wolnego wyboru.
Z tym ostatnim zdaniem wiąże się moja kolejna wątpliwość w rozważaniu o antropologii stosowanej. Sam jestem wielkim zwolennikiem wolności, wolnego wyboru. Obawiam się, że zaangażowany antropolog może stać się kolejną osobą „na górze”, która tylko dodatkowo kontroluje i ogranicza daną osobę, sama przy okazji będąc często również zależny od pewnych instytucji. Inna sprawa, że podczas rozmów o antropologii stosowanej używamy słów „ludzie”, „społeczeństwo” zapominając, że te grupy to tak naprawdę zbiór jednostek. To co dobre dla jednego, nie koniecznie musi być dobre dla drugiego. Czasami, także odnoszę wrażenie że używając tych sformułowań, już na wstępie, stawiamy siebie wyżej, jako tych „wiedzących”, którzy mają naprawiać świat i budować społeczeństwo (i takie określenia pojawiły się w tekstach).
Jeszcze jedna kwestia, która pojawiała się na zajęciach, a która wzbudzała mój niesmak, to wszechobecna krytyka uniwersytetu. Większość tych negatywnych uwag nie znajduje odzwierciedlenia w moim dotychczasowym doświadczeniu. Czasami przypominało to typową postawę roszczeniową. Z drugiej strony oczekujemy pewnych zmian, a sami mamy problem ze skonkretyzowaniem naszych potrzeb.
Przypuszczam, że moja ogólna niechęć do antropologii stosowanej wynika z tego iż nie wierzę w nagłą zmianę świata na lepszy pod wpływem nagłych czynników. Uważam, że może to nastąpić tylko i wyłącznie w wyniku długotrwałego procesu. Rolą antropologa powinno być pokazywanie alternatywy czy oswajanie z Innym. Musi się to również odbywać w odpowiedniej formie tak aby nie narazić się na krytykę czy nawet wyśmianie (zbyt natarczywa postawa). Ostatnio na zajęciach padły słowa iż „etyka to luksus”. Sądzę iż w wypadku antropologów stosowanych jest to bardzo błędna dewiza. Kwestie zdobywania pieniędzy są mi kompletnie obce, jednak wydaje mi się, że chcąc zmieniać świat, musimy być wierni własnym zasadom.
Chaos powyższych akapitów idealnie obrazuje moje spojrzenie na antropologię stosowaną. Może więcej mógłbym powiedzieć jeżeli oprócz rozmów na jej temat, nie raz naprawdę wciągającej i fascynującej (głównie, najbardziej interesujące mnie kwestie etyczne), spróbowałbym samego działania. Jednak obecnie nie udało mi się opracować jednoznacznej oceny czy nawet stwierdzenia czym dla mnie jest antropologia stosowana. Zapewne wynika to też z tego, że jak już pisałem, nie wierzę w nagłą zmianę świata. Dodatkowo nie posiadam zapędów do aktywizmu, więc najprawdopodobniej moim wkładem w polepszenie życia innym będzie, po prostu, praca nad samym sobą.
Antropologia stosowana a dofinansowania unijne
30 Styczeń 2010
Głos M.U. (II rok mgr):
Antropologia stosowana to wiedza w działaniu, aktywizm [1] społeczny uwrażliwiony antropologicznie. Stosowanie antropologii wymaga dostrojenia narzędzi etnograficznych tak, aby były sprawne w zajmowaniu się aktualnymi kwestiami społecznymi i rzeczywistością tu i teraz, a niekoniecznie „tam, na odległym lądzie, wśród dzikich plemion”. Wydaje mi się, że antropologia stosowana wyrosła na polskim gruncie gdzieś pomiędzy buntem absolwentów i studentów przeciwko mnożeniu w nieskończoność prac monograficznych, a niezadowoleniem z braku zaangażowania środowiska akademickiego w aktualne wydarzenia i problemy społeczne.
Mówi się, że antropologia stosowana nie jest dla idealistów. Idealizmem jest też jednak, jak myślę, mniemanie, że swoim „etnograficznym” działaniem mogę zmienić zastaną rzeczywistość społeczną na lepszą. Słyszymy o tym, że projekty dofinansowane z funduszy unijnych są źle wprowadzane w życie, a jeśli nawet realizuje się je poprawnie to i tak brakuje tam ręki antropologa. Ze swoją charakterystyczną perspektywą nabytą podczas studiów młody badacz jest w stanie zauważyć, że warsztaty dla kobiet na wsi nie powinny odbywać sie podczas zbiorów rośliny, która jest podstawą utrzymania całej miejscowości, lub też, że organizacja pomocy dla Romów powinna być wyjątkowo przemyślana, z uwagi na specyfikę kulturową tej zbiorowości.
Jednak z drugiej strony, pisząc projekt, przygotowując warsztaty lub ubiegając się o jakiekolwiek dofinansowanie musimy dostosować się w pełni do obowiązujących zasad, tak, aby nasz program wygrał i aby mieć szansę „w ogóle” zacząć działać jako badacz – specjalista w danej kwestii – antropolog. Jak już, dzięki zajęciom, wiem – niemalże niemożliwym dla studenta jest uzyskanie pieniędzy na projekt badawczy z funduszy unijnych. Pozostaje raczej dopasowywanie własnych pomysłów do ram zapotrzebowania, ustalonego przez wyznaczonych specjalistów (jak zostało powiedziane – najbardziej potrzebujące są niepełnosprawne kobiety ze środowisk wiejskich). Musimy więc okroić projekty i pomysły z własnych etnograficznych badań, które ewentualnie można przeprowadzić poza projektem, na własną rękę (co oznacza, że nikt nam za to nie zapłaci). Więc, koniec końców, nasz projekt zostanie pozbawiony całego komponentu antropologicznego (chyba że jest on obecny w warstwie treściowej pomysłu). Warsztaty może rozpisać i przeprowadzić z powodzeniem zarówno socjolog, psycholog jak i animator kultury, który, według mnie, może mieć dużo lepsze przygotowanie niż antropolog. Konkludując: tam, gdzie antropologiczna perspektywa była by według nas bardzo pomocna, mogłaby wiele wnieść i zmienić, tam właśnie jest niekoniecznie pożądana – jeżeli zawrzemy ją w projekcie nie dostaniemy funduszy na jego realizację.
Oczywiście, to jest tylko hipotetyczna sytuacja. Antropologia stosowana nie sprowadza się jedynie do pozyskiwania funduszy unijnych i organizacji warsztatów, ale wydaje mi się, że jest to najprostszy sposób „stosowania”, za które możemy jako studenci i absolwenci we współpracy z fundacjami otrzymać realne wynagrodzenie finansowe. Być może świetnie przygotowany metodologicznie i teoretycznie antropolog kulturowy jest w stanie napisać projekt nie idąc na tak duży kompromis w formie realizacji i przemycić do niego tym samym dużo antropologii. Statystyczny student (jak ja) może mieć jednak problem w przekonaniu komisji oceniającej, że metody etnograficzne są pożyteczne społecznie.
Poza tym rozważaniem, osobiście wolałabym, żeby „stosowanie” odbywało się na zasadzie: mam dobry, przemyślany pomysł, więc zaczynam działać i szukam ku temu metod, nie zaś: chcę działać, więc wymyślam strategię i wpisuję ją w określone, już istniejące ramy. Nie jestem przeciwna antropologii stosowanej w ogóle, chociaż bardziej skłaniam się ku projektom badawczym. Wolałabym więc zostać antropologiem stosowanym mimochodem, przy wprowadzaniu w życiu jakiegoś autorskiego projektu niż powołać się nim „odgórnie” i usiłować „stosować” (chociaż zdaję sobie sprawę, że taka praktyka udoskonala warsztat).
[1] Rozumiany tu bez pejoratywnych konotacji, bo przecież każde badania etnograficzne, czy to na poziomie formułowania pytań badawczych, czy też podczas późniejszej interpretacji, są „polityczne”.
Badania, prowadzone nawet przez bardzo „ortodoksyjnego” badacza, są zabarwione choćby odrobinkę jego postawą wobec świata, mimo starań, aby nie wpływać w żaden sposób na swoich rozmówców.
Obiektywność – Polityczność
29 Styczeń 2010
Głos Marceliny Jakimowicz (III rok lic.):
„Akademicka” antropologia nadal boryka się z dawnymi „grzechami młodości”. Rozważane są nowe teorie, zbyt abstrakcyjne, często odbiegają od życia. Dziś niektórzy teoretyzujący naukowcy przypominają dawnych badaczy gabinetowych, których opisy „dzikich” rozmijały się z rzeczywistością.
Dyskurs naukowy powoduje, że wyniki naszych badań często są zbyt abstrakcyjne względem ludzkiego doświadczenia. Antropologia stosowana daje nam możliwość zbliżenia się do zwykłego życia naszych rozmówców, bez nadmiernego teoretyzowania. Oczywiście teoria jest potrzebna, jednak nie najważniejsza. W antropologii stosowanej punkt ciężkości zostaje przesunięty w stronę pobudzania lokalnej ludności do działania. Antropolog staje się swoistym katalizatorem zmian. Badacz wspiera i ukierunkowuje aktywność grupy. Ww. antropologia wydaje się być bardziej ludzka, otwarta na dialog z innymi, chętna do pomocy. Daje ona również szansę lokalnej ludności na wypowiedzenie się, na sprzężenie zwrotne które dla nas jako badaczy powinno być bardzo ważne.
Antropologia stosowana jest wyzwaniem dla badacza, który musi stawić czoło własnej „naukowości”, „mitycznemu pojęciu obiektywizmu” i zacząć po prostu działać. Może ona spowodować, że antropolodzy w Polsce zwrócą uwagę na to, jak ich wiedzę można wykorzystać w sposób praktyczny, przyczyniając się np. do wyrównania szans społecznych. Dzięki antropologii stosowanej możemy jako badacze zacząć działać, jednak niesie to ze sobą pewne konsekwencje.
Prowadząc badania skierowane na działanie, musimy odnieść się do którejś ze stron, co powoduje, że związujemy się emocjonalnie ze swoimi rozmówcami, a także przestajemy być „neutralnymi” badaczami. Zbyt wielka empatia wobec naszych rozmówców może wypaczać nasze „naukowe” widzenie. Bardzo często osoby, z którymi prowadzimy badania, wymagają od nas poparcia i oczekują naszej pomocy w walce o polepszenie ich życia. W tym momencie stajemy się upolitycznieni, zmuszeni do opowiedzenia się za któraś ze stron, przez co tracimy resztki naszego „naukowego obiektywizmu”- przestajemy być bezstronni.
Zastanawiam się także nad tym – czy dążąc do jakiejkolwiek zmiany w danej społeczności nie narzucamy swojej woli? Czy mimo badań „rozeznawczych” nie stajemy się „ekspertami”, którzy wiedza lepiej jak powinno wyglądać życie danej grupy aby było lepiej? Granica między narzucaniem swojej woli a delikatnym pobudzaniem aktywności grupy jest płynna, jednak decydując się na uprawianie takiej „aktywnej nauki” musimy ryzykować. Z badań terenowych wiemy, że nawet sama obecność badacza na danym terenie może spowodować zmiany w badanym społeczeństwie, a także konflikty lokalne. Prowadząc takie badania- działania musimy być świadomi tego, że niekoniecznie nasz plan musi zostać zrealizowany. W trakcie badań może okazać się, że dana grupa w ogóle nie chce zmian i „jest dobrze, tak jak jest”.
Następnym problemem jest wyczucie momentu w którym, dane działania miałyby się zakończyć. Skoro angażujemy się w problemy danej grupy, może być nam ciężko podjąć decyzję o zakończeniu działań. Osobiście najbardziej bałabym się mojego zbytniego zaangażowania w sprawy danej grupy, co doprowadziłoby do moich stronniczych sądów. Antropologia stałaby się wyłącznie aktywizmem społecznym.
Według mnie ten typ antropologii jest na naszym „akademickim podwórku” bardzo potrzebny, jest powiewem nowości, nadzieją na rozwój nauki. Mimo, iż sama mam wiele rozterek związanych z antropologia stosowaną, uważam że daje ona możliwości zastosowania teorii, której jesteśmy uczeni. Nastał moment, w którym nasza nauka może przydać się innym w polepszaniu ich życia. Więc skoro możemy zrobić „coś dobrego”, nie mówmy „nie” antropologii stosowanej…
Nowy kolonializm
28 Styczeń 2010
Głos Ewy Kruk (II rok mgr):
Zastanawiającym i nieco kuriozalnym jest fakt, że dopiero na ostatnim roku studiów dane mi było zajmowanie się antroplogią stosowaną w ramach uczelni. Niestety studentki i studenci często pozostają osamotnieni w swojej dezorientacji – nikt przecież nie potrafi dokładnie odpowiedzieć na pytanie tak często zadawane – „Czym właściwie jest ta etnologia?” Adeptki i adepci tego kierunku często poruszają się po torach swoich wyobrażeń i nie wszyscy zapewne wiedzą, że nieodłącznym elementem etnologii są badania. W moim wypadku niestety też tak było, jednak w miarę upływu lat studiów i w związku z procesem kumulacji wiedzy antropologicznej (nie tylko tej z zakresu metodologii), stało się dla mnie oczywistym, że nauka ta pozbawiona wymiaru badawczego, a co za tym idzie utylitarnego, nie do końca zachowuje sens. Ciagłe kwestionowanie „obiektywności” i braku apolitycznych inkilinacji w przypadku badań już przeprowadzonych czy też, co ciekawsze, w przypadku badań nawet jeszcze nie przeprowadzonych – jak dzieje się ostatnimi czasy – jest w swej istocie negowaniem zasadności istnienia samej antropologii kultury. Czymże innym jest bowiem taka postawa, jeśli nie przyznaniem, że metodologie i narzędzia wypracowe w ramach dziedziny są tak szalenie niedoskonałe, że wykluczają możliwość wykonania badań niebudzących wątpliowści. W tym momencie można także zastanowić się nad odwiecznym kompleksem w stosunku do nauk ścisłych i ich wiedzy obiektywnej – jeśli bowiem jest to tendencja, która nie straciła na aktualności, czymże są powyższe działania antropologów, jeśli nie usytuowaniem jej w ciągu nauk mnożących pytania, a nie posiadających potencjał rzeczywistego rozwiązywania ludzkich problemów [1]?
W pełni zgadzam się z Moniką Baer w kwestii konieczności krytycznej refleksji nad problemem naszego ustytuowania w świecie oraz naszego uwikłania w relacje władzy. Polityczny wymiar wielu aspektów naszego funkcjonowania jest kategorią niepodważalną. Pytanie tylko czy tego typu świadomość jest argumentem przeciwko prowadzeniu badań, które zawsze będą osadzone w jakimś kontekście politycznym i co do których nigdy nie będzie do końca wiadomo, w jaki sposób zostaną wykorzystane, czemu będą służyć – często przecież może się to dziać wbrew naszym intencjom. Jest to bardzo ważny powód, dla którego należy udoskonalić metodologię badawczą – jednak nie jest to argument do prowadzenia niekończących się, abstrakcyjnych dysput, gdzie na końcu nie może spotkać nas nic innego jak antropologiczny niebyt. Należy być świadomym politycznych inklinacji samej antropolożki/antropologa – jednak uznanie tego faktu za argument przeciwko konkretnym badaniom etnograficznym jest nadużyciem.
Wszelkie głosy przeciwko antropologii stosowanej, opierające się na owych politycznych inklinacjach zdają sie być w pewien sposób spójne ze stwierdzeniem Sola Taxa, że celem „antropologii jest jedynie poszerzanie wiedzy”, a antropolog nie powinien wykonywać działań przynależnych aktywiście/działaczowi. Tkwi w tym trochę troski o zachowanie elitarności dziedziny, a sama postawa antropologa pracującego na Uczelni[2] i nie wikłającego się w problemy „zwykłych” ludzi podszyta jest snobizmem. Czyż nie jest to nowa forma ograniczenia i uwikłania na kształt kolonializmu? Mary Louise Pratt twierdzi, że praca wykonywana przez antropologów na wyższych uczelniach wymusza określony sposób konstruowania tekstów naukowych [3] i generalnie określony sposób uprawiania nauki. Wydaje się zatem, że model ten tak odróżniający Nas/Naukowców/Panie Antropolożki i Panów Antropologów od tzw. „zwykłych” ludzi, opiera się na wielokrotnie już zdyskwalifikowanej kategorii kolonializmu. Jesteśmy podszyci poczuciem wyższości, które nie pozwala nam „bratać się z ludem”[4]. Negowanie zatem antropologii stosowanej, jest de facto ciągłym potwierdzaniem nieudolności samej antropologii kulturowej, która nie zdołała przed dziesiątki lat wyzwolić się spod tego jarzma – okazuje się bowiem, że niewiele w tym zakresie udało się zrobić. Nie uprawiając antropologii stosowanej jesteśmy kolonizatorami! Nie wyrażamy bowiem sprzeciwu przeciwko systemowi, gdzie jedni są wykluczeni kosztem innych, zezwalając tym samym na rosnącą niesprawiedliowść społeczną. To właśnie antropolog jako ten obdarzony szczególnym rodzajem wrażliwości, ma potencjalną możliwość wpłynięcia na kształt stosunków społecznych. Powinien występować w roli mediatora, który na mocy swojego autorytetu naukowca, zabiega o respektowanie praw grup, które często nie mogą się wypowiadać we własnym imieniu bądź też nikt ich po prostu o zdanie nie pyta, w sytuacjach które ich bezpośrednio dotyczą – co niestety najczęsciej ma miejsce.
Nie jest rozwiązaniem problemu politycznego uwikłania ucieczka od wszelkiej działalności – sprawny dyskutant podważy każdy argument – należy kierować się imperatywem moralnym nie zezwalającym na pogrążanie się w wysublimowanych sporach kosztem rzeczywistej, wymiernej działalności na rzecz ludzi. Dopóki antropologia kulturowa w Polsce nie przeżyje zwrotu w stronę action anthropology, kompleks „nienaukowości” samej dziedziny, ciągle będzie aktualny – samo rozwijanie myśli jest bowiem w obecnych czasach niewystraczające.
[1] Przywołuję tutaj stwierdzenie Slavoja Žižka dotyczące filozofii i jej usytuowania względem innych nauk; stwierdza on, że w sytuacji gdyby ludzkości groziło jakieś realne niebezpieczeństwo, np. obiekt z kosmosu, który miałby lada chwila uderzyć w Ziemię i przynieść ogromne zniszczenie, jedyne, co mogłaby zrobić filozofia, to zadawać kolejne pytania; jedynie nauki przyrodnicze przy wykorzystaniu swoich narzędzi mogłyby rzeczywiście uratować ludzkość (zob. Slavoj Žižek).
[2] Czy też Akademii (z wielkiej litery oczywiście).
[3] Pratt przywołuje przykład Florindy Donner i jej pracy o Indianach Yanomamo zawierającej subiektywne opisy i będącej emocjonalnie nacechowaną i która ostatecznie przez środowisko naukowe została uznana za plagiat właśnie z powodu powyższego; chociaż mowa tutaj o wydarzeniach z okresu przewrotu postmodernistycznego, od którego dzieli nas już ponad dwadzieścia lat, stwierdzenie Pratt nie straciło na aktualności (zob. Mary Louise Pratt, Fieldwork in Common Places [w:] James Clifford, George E. Marcus (red.), Writing Culture. The Poetics and Politics of Ethnography, s. 28-29).
[4] Często także w obronie tegoż samego ludu.