Odpowiedź na tekst Małgorzaty Sztylińskiej

Viola Pietrzak pisze:

Postaram się ustosunkować do tekstu Małgorzaty Sztylińskiej, trochę z nim polemizować, ale również
w wielu miejscach zgodzić się z jej słowami.

Dla mnie Kopaniec nie był przypadkowym miejscem do prowadzenia badań, co zresztą zaznaczyła w tekście Gosia. Jestem emocjonalnie związana z tymi miejscami (mieszkam na terenie gminy Stara Kamienica, w skład której wchodzi Kopaniec) i pewne problemy dotykają mnie osobiście. Czy prowadzenie badań we „własnej społeczności” jest dobre to już kwestia dyskusyjna. Ja stoję na bardzo liberalnym stanowisku jeśli chodzi o naukowość tekstów, zbieranie danych, interpretowanie ich. Nie znaczy to, że można to robić jakkolwiek. Nie wierzę po prostu w obiektywność (w co jak mniemam nadal niektórzy wierzą), więc przyznam, że nie mam problemu patrząc z tej perspektywy na tego typu badania. Jadąc w nieznajomy mi teren również nie jestem obiektywna, bo być takim się moim zdaniem po prostu nie da. Mogę jedynie mniej przykładać się do badań, bo najzwyczajniej w świecie niektóre tematy, które realizowałam w ogóle mnie nie interesowały. Problem z badaniem własnej społeczności sytuuję gdzie indziej – w stosunku społeczności do badacza i w tym, jak ten stosunek do niego może zmienić się po badaniach. Jest to pewne ryzyko, bo jeśli badania nie wyjdą, a zostały w nich położone jakieś nadzieje (ze strony lokalnej społeczności), wtedy można po prostu: zepsuć swój, zakładam, że dobry, wizerunek.
Ale zawsze liczę się z tym, że za swoje działania będzie trzeba zapłacić. Eksperymenty kosztują i już osobistą kwestią powinno być to, czy ktoś chce ryzykować czy nie. Jestem jednak mimo ryzyka pozytywnie nastawiona do tego typu badań, gdyż jak sądzę, należy w każdym momencie być przygotowanym na zmianę ich koncepcji, założeń – mówię już o fazie działania, nie zaś zbierania danych. Mając na uwadze natomiast możliwość tych zmian można dopasować działania do potrzeb ludzi, co znacząco minimalizuje możliwość „zawiedzenia” ich. Zresztą cała sztuka polega na tym, aby dać im odwagę mówienia. Aby pokazać, że ich głos się liczy, że mogą naprawdę wpływać na to, co wokół nich się dzieje. Zgodziłabym się w tym miejscu z tekstem Marioli Mysior, który został zamieszczony na blogu, że antropologia stosowana opowiada się za społeczeństwem obywatelskim. Odpowiedzialność nie spada zatem tylko na nas, bo też działania, które zostaną podjęte są działaniami wspólnymi.

Teraz może powrócę do samych badań i napiszę nieco o ich przebiegu z mojej perspektywy. Były one prowadzone nieco inną metodą niż ma to miejsce w trakcie naszych obowiązkowych wyjazdów. Na rozmowy chodziliśmy parami, niekiedy większą ilością osób. Pozwoliło to na późniejszą dyskusję i zobaczenie również tego, jak my sami konstruujemy sens wypowiedzi, które usłyszeliśmy. Po rozmowie bowiem siadaliśmy i opracowywaliśmy ją, starając się na gorąco interpretować usłyszane słowa. Na tej podstawie planowaliśmy również kolejne rozmowy. Staraliśmy się doszukiwać tego, czego nam brakuje, myśleć, do kogo iść itd. Korzyści z tej metody są wielorakie – ćwiczenie współpracy, ukazanie, jak już pisałam, tego, jak bardzo różnie można zinterpretować te same słowa, wywołanie dyskusji na temat tego, co się dzieje w trakcie badań i poznanie nowej dla wielu metody robienia „notatek terenowych”. Minusy tej metody według mnie wyszły po czasie: dla mnie nie wszystko, jak też nieraz już mówiłam, jest czytelne w tej chwili. Z tablic, które przygotowaliśmy nie potrafię niekiedy odtworzyć całości sytuacji. Mówię oczywiście o tablicach stworzonych przez inne osoby, nie mnie samą, bo jeśli uczestniczy się w jakiejś rozmowie to zwykle jednak pamięta się jej przebieg. Myślę, że przy tego typu metodzie konieczne jest prowadzenie czegoś na wzór dziennika, notatek terenowych, tymczasem mam wrażenie, że nasza grupa robiła tylko „notatki w głowie”. Kolejnym razem nie chciałabym zaniedbać tej części badań. Myślę, że potrzebna jest ich staranniejsza dokumentacja.

Nie mogę się zgodzić z Gosią mówiącą, że traktujemy mieszkańców Kopańca jak „wsiowych półgłowków”. Naszym celem jest, ogólnie bardzo rzecz ujmując, aktywizacja pewnej części społeczności. Tej, którą uznaliśmy, że nie jest aktywna, a przynajmniej, że tej aktywności nie widać na zewnątrz. Po animację sięga się zwykle tam, gdzie nastąpiła jakaś stagnacja, tam, gdzie nawarstwiają się różne problemy społeczne. Te tereny uznawane są za martwe i wychodzi się z założenia, że warto je ożywić. Nie zawsze jest to prawdą, jak pokazał np. Tomasz Rakowski, prowadząc badania na bardzo zubożałych terenach: to, że nie widać aktywności nie musi oznaczać, że jej nie ma. Może oznaczać, że jest, ale inna niż ta, do której przywykliśmy i za którą się rozglądamy. Na terenach o których pisał odnawiają się więzi sąsiedzkie, następuje wzajemna pomoc, ludzie sięgają czasem po zaskakujące techniki radzenia sobie właśnie z tą trudną sytuacją. Zadaniem antropologa może być zatem szukanie ukrytych form aktywności i, może zabrzmi to górnolotnie, wyniesienie ich do rangi aktywności wartościowej. Ta dygresja była potrzebna mi do tego, aby pokazać, że z podobną sytuacją możemy mieć do czynienia w Kopańcu. Jest tam bowiem część osób, która jest aktywna na swój sposób, zarabia na tym, bawi się i też przy okazji promuje region. Jest jednak zdecydowana większość, która na pierwszy rzut oka nie robi nic, poza prozaicznym życiem. Sęk w tym, że to prozaiczne życie też jest wartością samą w sobie. To, że ktoś świetnie piecze sernik jest wartościowe, bo może oznaczać, że np. przykłada dużą wagę do tradycji rodzinnych i przepis którego używa jest już „zabytkiem”. To tylko pierwszy lepszy przykład. Tego jednak, jak mi się wydaje, nie są w stanie dostrzec wszyscy mieszkańcy. Niektórzy bowiem nadają bardzo wielką wartość wyższemu wykształceniu, pozytywnie oceniają osoby podzielające ich pasje – które są dość wąskie, obejmują mały wycinek kultury rozumianej jako sztuka, działalność artystyczna. Wartościując pozytywnie taki styl życia, równocześnie negatywnie reagują na inne. To nastawienie czasem daje się odczuć. Zastanawiam się, jak to może wpływać na tych „zwykłych” mieszkańców (którzy tworzą większość w tej wiosce)? Trudno powiedzieć i nie sądzę, że w naszych kompetencjach leży odpowiedź na to pytanie. Może oczywiście nie wpływać nijak. Może budować poczucie odrębności i własnej wartości, na zasadzie przeciwstawienia się czyjemuś światopoglądowi, pewności, że to, co my robimy jest inne, ale tak samo przydatne, dobre, celowe, wartościowe. Może również powodować poczucie niskiej wartości – jeśli komuś uporczywie bowiem będzie się dawało do zrozumienia, że jest „nikim” możliwe, że będąc „kimś” rzeczywiście takim się stanie. Nie sądzę jednak, że ten czarny scenariusz ma miejsce w Kopańcu. Niemniej jednak podsumowując tę część, myślę, że pokazanie wartości działań podejmowanych przez ogół mieszkańców jest dobrą ścieżką. Pozwoli to też mieszkańcom na poczucie tego, że wspólne działania mają sens, że w ogóle mają wpływ na coś, że działanie ma bezpośredni związek z jego skutkiem. Wydaje mi się to wartościowe i nie widzę w tym właściwie nic nie-etycznego. To nie tak, że tratujemy ich jako osoby nie mające własnego głosu, za które trzeba przemówić. Bowiem to, czego najbardziej osobiście bym chciała, to żeby mieszkańcy sami właśnie przemówili. Jedyne, co możemy zrobić i co według mnie powinniśmy zrobić to stworzyć im do tego odpowiednią płaszczyznę (np. w postaci zorganizowania zebrania z władzami gminy i innymi mieszkańcami). Nie potrafię odpowiedzieć na pytanie, czy tu kończy się rola antropologa. Moim zdaniem tak. Jako antropolog nie szłabym dalej. Co jednak nie znaczy, że nie mogę tego zrobić jako prywatna osoba. Bycie antropologiem nie może krępować moich działań. Należy tylko umieć wyznaczyć sobie granicę. Ale tej granicy nie da się moim zdaniem wyznaczyć jednej dla wszystkich. To osobiste preferencje decydują o tym, jak daleko zajdziemy i gdzie kończy się dla nas antropologia, a gdzie zaczyna prywatne życie. Równie dobre rezultaty może przynieść zatarcie zupełne granic, jak również bardzo staranne ich rysowanie. Tak naprawdę przyszłość wyłącznie może zweryfikować nasze działania. Możemy teoretyzować, ale dopóki nie zaczniemy odważnie działać, będzie to przybierało charakter metarefleksji (którą osobiście niezwykle cenię i lubię), która niekiedy rozmija się z „rzeczywistością”.

Nawiązując jeszcze do kwestii zabierania głosu nie przez przypadek też wysłałam artykuł (lub artykuły, niestety dokładnie już nie pamiętam) do całej naszej grupy odnośnie wycinki drzew między Kopańcem a Wolą Kromnów. Kto zabierał głos w tej dyskusji? Sołtys, Pan Podwiński, Pan Jaśko… A gdzie głos mieszkańców? Ogólnie zostało stwierdzone w którymś z artykułów, że mieszkańcy są za wycinką. Jednak, czy ktoś spytał chociaż z 5 mieszkańców, czy na podstawie jednego głosu jakiegoś zagorzałego fana ulic bez drzew został wysnuty taki wniosek? W takim postępowaniu widzę dwa problemy: jeden bezpośrednio związany z Kopańcem, drugi o wiele szerszy. W Kopańcu, podobnie pewnie, jak w wielu innych miejscowościach, nikt nie pyta o zdanie mieszkańców, tylko wybraną, wciąż tą samą grupę, co wydaje mi się błędem. I to świadczy o traktowaniu ich rzeczywiście jak nie do końca rozumnych… Drugi problem to chęć uczestnictwa w życiu społecznym. Co wiąże się z wiarą w to, że coś możemy zmienić. Jestem ogromnie ciekawa, czy kiedy dojdzie do zebrania, chociażby w kwestii tych drzew i ludzie będą mogli się wypowiedzieć na ten temat, ilu z nich zdecyduje się zabrać głos? Ale to już problem społeczeństwa obywatelskiego w Polsce, które wciąż, w bólach, rodzi się.

Co do planu działań, nie wydaje mi się, aby był on ustalony. To tylko pewne nasze pomysły, które jednak niekoniecznie zostaną zrealizowane. Najważniejsze będzie to, co powiedzą ludzie, którzy zjawią się na zorganizowanym spotkaniu. Moim zdaniem powinniśmy być przygotowani na to, że nasze pomysły są zupełnie nietrafione i wtedy bez mrugnięcia okiem decydujemy się robić to, co chcą mieszkańcy. To po części niezbyt wdzięczna praca, ale tak właśnie sobie ją wyobrażam i chyba takie też są założenia etnografii opartej na współpracy. To nie my mamy czuć się dowartościowani, np. przez to, że zrobiliśmy super wydarzenie. To, co się stanie, mają powiedzieć ludzie. Nie my. Jest w tym oczywiście wiele trudności, niepewności i bardzo dużo możliwości porażki. Ludzie mogą np. nie przyjść. Mamy oczywiście pewne intuicje, co można by zrobić, opierając się również na tym, co robi Pani Beata w Chromcu. Ten model działania jest dobry według mnie, co nie znaczy jednak, że uniwersalny i że taki sam będziemy stosowali w Kopańcu. Nie mogę się zgodzić z Gosią, że nie pytamy ludzi i decydujemy za nich, bo właśnie to jest część edukacyjna dla nas – tak starać się prowadzić badania, aby to głos badanej społeczności był tym najważniejszym. To uczy pokory i dystansu. Ale jest to według mnie możliwe do spełnienia.

Oczywiście jeśli chodzi o zarzut krótkiego pobytu to zgadzam się w zupełności. Byliśmy tam bardzo krótko i trzeba przyznać, że badania mogły mieć formę bardziej intensywną. Taki okres podyktowany był raczej środkami finansowymi, jakimi dysponowaliśmy. Osobiście również nie zaangażowałam się do końca w badania, przede wszystkim z powodu niezbyt miłych osobistych wieści, jakie dotarły mnie w trakcie badań i konieczności częstego opuszczania Kopańca. Tego już się nie naprawi, ale można wyciągnąć wnioski na przyszłość. Być może uda się zorganizować jakieś większe środki na badania i wtedy będziemy mogli sobie pozwolić na wiele dłuższy pobyt, a zatem
i rzetelniejsze badania. Czego bym sobie życzyła.

Zaangażowanie osób biorących udział w badaniach rzeczywiście pokazuje, że etnografia oparta na współpracy to ciężka sprawa. Ta współpraca, nie ma się co czarować, nie do końca nam wychodzi. Dokładnie tylko Piotrek i Gosia wysłali to, o co prosiłam. Brak czasu brakiem czasu. Wiem, że można wiele rzeczy naprawdę pogodzić i jeśli coś nas interesuje staniemy na głowie, żeby się tym zająć. Sądzę więc, że niektórzy stracili zapał i nie widzą sensu takich działań. Jestem w stanie to oczywiście zrozumieć. Nie jestem, może niestety, typem osoby, która zmusza do czegokolwiek. Bazując na własnym przykładzie wychodzę bowiem z założenia, że trzeba samemu chcieć. Brak jednak kogoś „nad nami” sprawia, że projekt rozjechał się w różne strony. Sama myślę o nim bardzo często, ale wynika to w dużej mierze z tego, że mieszkam tam, spotykam tych ludzi i chciałabym coś zrobić, zaangażować się w działania na terenie gminy. Pozostali nie czują takiej presji, co pozwala im na bardzo luźne podejście do tych badań. W tym miejscu jeszcze mała dygresja, że projekty, z których musimy się rozliczyć są z jednej strony świetną sprawą, bo mobilizują do napisania raportu, rozliczenia się itp. Tu nikt, poza osobami piszącymi sprawozdania do działu młodzieżowego, nie musiał nic robić i chyba jest to jedna z przyczyn marazmu i bardzo wolnego tempa pracy. Wydaje mi się nawet, że współpraca z lokalną społecznością może być kwestią łatwiejszą niż współpraca w „zespole badawczym”. Zaskakujące do dla mnie samej, ale takie właśnie mam odczucia.

Reklamy

Informacje o Katarzyna Wala

Jestem antropolożką, animatorką kultury, badaczką jakościową i trenerką. Obecnie piszę rozprawę doktorską z zakresu etnografii sensorycznej (UWr.). Od 2009 r. współtworzę projekt Fonosfera - antropologia zmysłów; zajmuję się również badaniami marketingowymi.
Ten wpis został opublikowany w kategorii antropologia stosowana, opinia studentów, projekty i oznaczony tagami , , , , , , , , . Dodaj zakładkę do bezpośredniego odnośnika.

Jedna odpowiedź na „Odpowiedź na tekst Małgorzaty Sztylińskiej

  1. Pingback: Badania etnograficzne a consulting OPP « antropologia za_stosowana

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj / Zmień )

Facebook photo

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj / Zmień )

Google+ photo

Komentujesz korzystając z konta Google+. Wyloguj / Zmień )

Connecting to %s