Poezja i antropologia

Jeszcze rok temu byłam wielką przeciwniczką antropologii, której celem jest wytwarzanie tekstów – zresztą jeszcze teraz jest we mnie sporo wrogości wobec antropologicznego pisarstwa. Moja niechęć wynika(ła) z braku zaufania wobec takich narracji. Posądza(ła)m antropologów tworzący literaturę o wsłuchiwanie się bardziej w słowa innych antropologów i filozofów, niż w głosy tych, którzy przeżywają opisywaną rzeczywistość. Poza tym teksty tego typu napisane są językiem, który wymaga naprawdę sporych kompetencji kulturowych, co czyni je niedostępnymi dla wielu odbiorców (szczególnie tych, których dotyczą). W końcu taka antropologia stanowi(ła) dla mnie przeciwieństwo antropologii zastosowanej. Dziś jednak patrze nieco inaczej na to rozróżnienie, a wszystko dzięki poezji.

poezja vs nauka

Czy poezja może stanowić odpowiednią formę do wyrażenia wiedzy naukowej? Zdaniem Ivana Brady [2009], Kathleen Stewart [2009], Stephana J. Hartnett i Jeremego D. Engelsa [2009] – tak. Oczywiście pisarstwo naukowe – do którego przywykliśmy – różni się od poezji w sposób fundamentalny: teksty naukowe są zazwyczaj kliniczne, sformalizowane, rzadziej niż poezja korzystają z wyrażeń metaforycznych. Natomiast poezja współcześnie zdaje się nie podlegać żadnym ograniczeniom – może tylko estetycznym. Mimo iż obie formy służą do opisywania rzeczywistości wokół, to zdaniem wielu poezja przynależy bardziej do świata sztuki niż nauki. Jednak tworząc takie rozróżnienia często nie dostrzega się faktu, iż każdy z tych modeli reprezentacji „gra w inną grę językową” – a w związku z tym, naturalnie pełni inną funkcje.

Pozytywiści-naukowcy używają języka, który pozwala im tworzyć transparentne narracje, pozwalające ukryć narratora (jako obserwatora i autora), stąd specyficzny charakter naukowego pisarstwa. Refleksyjni humaniści (gł. poeci) czynią dokładnie na odwrót, wyraźnie podkreślając swoją rolę w tekście, korzystają z metafor, bawią się środkami wyrazu. Każda z tych strategii odnosi się do innego paradygmatu, który wyznacza własny zakres rozumienia tego, co „akceptowalne” i „naukowe”. Tam gdzie panuje perspektywa pozytywistyczna i post-pozytywistyczna króluje proza, natomiast dla badaczy refleksyjnych, którzy swoje stanowisko określają jako alternatywne wobec nurtu tradycyjnego, poezja może stanowić inspirującą formę wyrazu.

poezja w nauce

Zadaniem poezji w nauce jest świadoma manipulacja semantyką w celu powiedzenia zupełnie nowych rzeczy, czy też starych rzeczy w nowy sposób. Zdaniem Bradego standardowy język nauki generuje ograniczenia, karmi się fikcją trzecioosobowej narracji, przez co wiele ważnych kwestii ulega przemilczeniu [2003: 2]. Poezja przeciwstawia się temu podejściu, uwypukla obecność autora-obserwatora, korzysta z metafory, dotyka emocji. Sama metafora stanowi narzędzie poznawcze, pomaga w odkryciu; wyjaśnia zjawiska w kategoriach innych zjawisk [Lakoff, Turner 1989]. Poeci-badacze skłaniają się raczej ku metodzie zanurzania się i samoświadomego nasycenia niż do typowego dla „nauki” – dystansowania się. Flores pisze:

Dlaczego w tych wierszach często utożsamiam moje rozważania i zainteresowania z tymi reprezentowanymi przez drugą osobę? Dlaczego tak często jestem zablokowany przez nasze wspólne problemy, naszą wspólną humanitarność, wspólne jestestwo. Nie sądzę, aby poezja była faktycznie bardziej intelektualna niż proza, z pewnością nie myślę że jest ona bardziej generalizująca. Może to być, po prostu, że nieortodoksyjność zawarta w akcie pisania poezji jako etnograficznej próby uwalania nas od ortodoksji samej próby. Jedno naruszenie decorum powoduje kolejne [1982:20].

Taka poezja charakteryzuje się szacunkiem dla faktów; miesza się z pierwszoosobowymi silami interpretacji i reprezentacji; splata się z obszarem wyedukowanej wyobraźni. Wnioski, spekulacje, metafory odgrywają tutaj ważną rolę – a poetyka i „nauka” splatają się ze sobą tworząc artful-science [por. Brady 2003].

poezje kulturowe

Poezje kulturowe nie muszą być pisane wierszem. Mogą przybierać postać krótkich narracji nasyconych metaforami. Dobrym tego przykładem są teksty Kathleen Steward. W artykule Poezje kulturowe. O produktywności przedmiotów zamiast szukać wytłumaczenia dla rzeczy (które zdaniem niektórych naukowców można uchwycić tylko poprzez starannie sformułowane pojęcia) proponuje „formę krytyki kulturowej i politycznej, śledzącej żywe wpływy i oszukańcze żywotności przez cielesne niepokoje, pouczenia, agitacje, sposoby swobodnie unoszących się fascynacji chwile zbiorowych ekscytacji czy osłabienia” [Stewart 2009: 565]. Zamiast ustalać dokładne położenie bijącego serca swej bestii, śledzi pulsowanie rzeczy, kiedy krzyżują się ze sobą, spotykają, dzielą i reorganizują ze sobą w jakieś nowe wzrosty [Ibidem]. Natomiast Ivan Brady wskazuje, iż poezja pozwala uwypuklić zmysłowy i emocjonalny aspekt naszego bycia-w-świecie [209:492]. Wyrażone w ten sposób opowieści nie są ćwiczeniem w reprezentacji ani taktyką reprezentacji, są raczej komodą pełną ciastek, zaprojektowaną, by wzbudzać zainteresowanie.

To wszystko brzmi enigmatycznie, staje się jednak bardziej oczywiste gdy mamy do czynienia z konkretnymi tekstami, które realizują powyższe założenia.

przykład: „Antropologowie”

Antropologowie wciąż robią te zabawne rzeczy, które robili razem. Jak pukanie do drzwi małych chatek rybaków nad zamarzniętym jeziorem. Wproszą się na wizytę, ale kiedy zasiądą na ławkach rybaków, nie mówią nic. Nawet „kim jesteś?”. lub „co tu robisz?” Tak więc siedzą razem w dzikiej i niezdarnej ciszy, gapiąc się w dół przez przeręble, w głęboką ciemność wody. Antropologom nie przychodzi na myśl nawet jedno pytanie, które miałoby jakikolwiek sens.

Kiedy antropologowie chodzą po lesie, napotykają na myśliwych. Myśliwi są bardziej rozmowni niż lodowi rybacy. Jest tak, ponieważ oni wszyscy pragną, by przyjacielscy, wścibscy, przeuczeni obcy wiedzieli, że oni nie są „zabójcami Bambi”. Może inni myśliwi są, ale nie oni – nowa rasa. Oni są mili, wielu z nich było w college’u i mają coś do powiedzenia na temat polityki, środowiska i państwa. Przez większość czasu w grupie jest kobieta, inni uczą ją polować. Każdy – antropolog także – kuli się ze strachu, gdy niepozornie wyglądający strażnicy wychylają się zza zakrętu, szukając kłusowników. To strażnicy są tymi złymi. Przejeżdżają powoli postapokaliptycznymi samochodami pokrytymi maskującą farbą, z wielkimi strzelbami i reflektorami zamontowanymi na masce. Mogą zmierzyć nas twardym spojrzeniem, a ty możesz zobaczyć ich muskuły prężące się pod maskującym ubraniem myśliwskim. Ci faceci są na prawdę niespokojni [Steward 2009: 555].

Szczerze – nie podoba mi się ten „kawałek”. Nie wiem, czy to skutek nienajlepszego tłumaczenia, czy tekst już w oryginale był słaby. Jest jednak coś, co broni ten rodzaj pisania – w tych kilku zdaniach zawartych jest pare ważnych problemów związanych z praktyką antropologiczną. Oczywiście można  opisać je w inny, „naukowy” sposób, ale ten porusza wyobrażnie, wywołuje emocje, prowouje empatię. I to – jak sądze – stanowi o sile i wartości poezji kulturowej.

poezja śledcza

Poezja śledcza wyrasta z etnopoetyki. Zdaniem Stephana J. Harriett i Jeremiego D. Engelsa cechują ją:

a) próba uzupełnienia wyobraźni poetyckiej dowodami uzyskanymi w drodze badan naukowych, w nadziei na to, że połączenie sztuki i danych uczyni poezję „bardziej z tego świata”, naukę zaś bardziej osobistą.

b) próba wykorzystania zdobytych drogą badań informacji nie tylko w celu uzasadnienia argumentów natury politycznej, ale również po to, by wzbogacić wiedzę i zwiększyć poczucie sprawstwa czytelników.

c) próba problematyzacji jednostkowego Ja poprzez analizę złożonych relacji łączących jednostki z właściwym im kontekstem politycznym , a co za tym idzie – zaświadczenie o swoistym rozpadzie integralności Ja, jak i o głębokim uwikłaniu autora w kontekst, który stanowi przedmiot jego poetyckich dociekań.

d) próba problematyzacji polityki poprzez naoczne śledzenie sposobów, w jakie struktury społeczne zostają wcielone w faktyczne, konkretne doświadczenia życiowe jednostek i grup, wzbogacając tym samym krytykę polityczną o komponenty etnograficzne, fenomenologiczne i egzystencjalne.

e) próba ulokowania pytań o jednostkę i społeczeństwo w ramach szerszych narracji historycznych, poprzez co wiersze mogą się stać formami genealogicznej krytyki władzy.

f) próba tworzenia wierszy, które są wyrazem wielości perspektyw; zamiast celebrowania bądź krytykowania jednego czy dwóch punktów widzenia, tworzą konstelacje wielorakich głosów biorących udział we wspólnej rozmowie.

g) głęboka wiara w moc zaangażowania, co oznacza tyle, że tworząc poezję śledczą z perspektywy świadka, poeta musi sam wyjść niebezpieczeństwu naprzeciw i stać się nie tylko obserwatorem kryzysów politycznych, ale również ich uczestnikiem [2009: 568]

Taka poezja wpisuje się w zwrot jaki ostatnio nastąpił w naukach humanistycznych, skutkujący większym naciskiem na kwestie sprawiedliwości społecznej. Więcej na ten temat można przeczytać w tekście „Aria w wojenny czas”. Poezja śledcza i polityka świadectwa.

etnograficznie – poetycznie

Od jakiegoś czasu tworze (pseudo?) poezje, w których staram się wyrazić treści zawarte w danych zdobytych podczas wywiadów i w czasie obserwacji. Poprzez nie staram się wyrazić refleksje wynikające z kontaktu z terenem; dotrzeć do emocji, wyobraźni i wspomnień odbiorcy. Metafory same do mnie przychodzą – narzucają się. Słowa układają się w zdania, zdania w tekst, pointa zjawia się na końcu. Można oczywiście zapytać o wartość: poznawczą i estetyczną tych tekstów. Z pierwszym problemem zmagam się publicznie, na blogu Fonosfera – multisensoryczna etnografia. Tam też próbuję uzasadnić swoje „pisarstwo” odwołując się do założeń autoetnografii, fenomenologii, antropologii refleksyjnej, oraz koncepcji promujących wykorzystanie sztuki podczas badań i do prezentacji wyników naukowych dociekań. Jeśli chodzi o drugi problem – to podobnie jak Dennis Waskul nie twierdzę, że jestem poetką, moje pisarstwo wynika z chęci dotarcia, do tego, czego nie potrafię uchwycić przy pomocy innych form wyrazu.

Oto kilka przykładów:

Nie wiem, na ile poezja etnograficzna może pomóc w walce o sprawiedliwość społeczną – wciąż nieufnie przyglądam się takim projektom (szczególnie, jeśli chodzi o ich realizacje w polskim kontekście), uważam jednak, iż jest to atrakcyjna forma, która pozwala na promocje i popularyzacje wiedzy antropologicznej poza środowiskiem akademickim.

Zatem – antropolodzy – do piór (klawiatury)!

Bibliografia:

Brady I., In Defense of the Sensual: Meaning Construction in Ethnography and Poetics, Nowy Jork 2003; Brady I., Poetyka dla planety. Rozprawa o niektórych problemach związanych z miejscem, [w:] Metody badań jakościowych, N.K. Denzin, Y.S. Lincoln (red.), t. 2., Warszawa 2009; Flores T., “Field Poetry.” Anthropology and Humanism Quarterly 1982, 7:1:16-22; Hartnett S.T., J.D. Engels, „Aria w wojenny czas”. Poezja śledcza i polityka świadecta, [w:] Metody badań jakościowych, N.K. Denzin, Y.S. Lincoln (red.), t. 2., Warszawa 2009; Lakoff G., M.Turner, More Than Cool Reason: A Field Guide to Poetic Metaphor, Chicago 1989; Stewart K., Poezje kulturowe. O produktywnosci przedmiotów, [w:] Metody badań jakościowych, N.K. Denzin, Y.S. Lincoln (red.), t. 2., Warszawa 2009.

Advertisements

Informacje o Katarzyna Wala

Jestem antropolożką, animatorką kultury, badaczką jakościową i trenerką. Obecnie piszę rozprawę doktorską z zakresu etnografii sensorycznej (UWr.). Od 2009 r. współtworzę projekt Fonosfera - antropologia zmysłów; zajmuję się również badaniami marketingowymi.
Ten wpis został opublikowany w kategorii antropologia zaangażowana, etnografia. Dodaj zakładkę do bezpośredniego odnośnika.

12 odpowiedzi na „Poezja i antropologia

  1. michał pisze:

    Dorodne ziarno miotając na rolę
    dziś już nie stąpa chłop w bieli jak anioł
    błogosławi mu cicho, by rosło
    Siewnik rzędowy jego miejsce zajął
    (…)
    I głos piszczałki z wiatrem nie przeleci
    Dzisiaj od innej tętnią wsie muzyki
    tanga i samby i rumby bełkotliwe
    skrzeczą wesoło ochrypłe głośniki

    Kazimierza Moszyńskiego (1959)

    Przepraszam nie mogłem się powstrzymać

  2. michał pisze:

    Już bardziej na serio, (choć obawiam się, że Moszyński tym wierszem nie żartował) spór czy etnologii bliżej do sztuki czy nauki, jest dla nas o tyle miły, iż wybór jest dość atrakcyjny. W popularnym mniemaniu naukowiec to pan w białym fartuchu z dymiąca próbówką w dłoni, tudzież postać nachylający się z igłą nad laboratoryjnym szczurem – nie mniej profesja ta od ponad 50 lat stoi na czele najbardziej szanowanych zawodów w Polsce (walcząc o palmę pierwszeństwa ze strażakiem i lekarzem). Druga opcja też nie w kij dmuchał i śmiem twierdzić, że wizja artysty jeszcze mocniej rozbudza niezdrową wyobraźnie zastępów etnologów. Moim skromnym zdaniem owinięty szalikiem antropolog szwendający się po mieście i robiący zdjęcia (koniecznie czarno-białe) śmietnikom, nie jest ideałem do którego należałoby dążyć. To samo etnologia jako realizacja skrywanych ambicji pisarskich, gdzie teksty naukowe rywalizują nie na wyniki badań, a na zagadkowo mówiące tytuły i talenty literackie ich autorów. Nie polecałbym, acz rozumiem pobudki dla których ktoś wybiera taką drogę. Niestety powyższy tekst podsuwa mi i 3 rozwiązanie, w którym etnologia staje się po prostu niczym, już nawet nie sztuką, nie nauką, niczym. Przypuszczam, że przedstawienie poważnych badań w lirycznej formie, w takich naukach jak np. chemia jest niemożliwe, zaś metaforyczne, wieloznaczne stwierdzenia w tekście medycznym niebezpieczne. W naukach przyrodniczych ich hermetyczny, fachowy język przydreptał wraz z rozrostem wiedzy w ich obrębie. Z całym szacunkiem dla siebie i innych, nasz mózg wyewoluował aby trafić kamieniem w antylopę i jeśli chcemy poznawać tajemnice świata, jedyną dla nas szansą jest zajęcie się malutkimi, drobnymi wycinkami rzeczywistości, jako że pojedynczy człowiek nie poradzi sobie w ogarnięciu wszystkich szczegółów większej całości. Nie ma sensu chcieć, aby wszyscy wiedzieli jakie zjawisko kryje się pod konkretnym naukowym terminem. Jeśli nie wiem co to jest gas van der Waalsa, to najwidoczniej wiedza ta nie jest przeznaczona dla mnie. Poza naukami przyrodniczymi, uczony żargon nie jest już tak naturalny i pewne określenia wynikają nie z potrzeby większego dookreślenia, ale zwykłej mody. Dla przykładu nie sposób już cokolwiek powiedzieć nie używając słowa „narracja”, w znaczeniu w którym jeszcze pół roku temu było prawie nieznane. We wtorkowym „Warto Rozmawiać”, pani profesor socjologii Barbara Fedyszak (znany pisowski siepacz) użyła go w tym wyabstrahowanym znaczeniu (nie mam co robić więc to nawet policzyłem) w jednej wypowiedzi… 7 razy :) No cóż, nasza wiedza staje się coraz większa, a wzrost ten nie jest proporcjonalny do wzrostu możliwości poznawczych naszego umysłu, specjalizacje będzie zatem coraz większa, a grupy osób rozumiejące dane pojęcia coraz węższe. Patrząc na to co dzieje się za oceanem (które nauki są tam dziś „gorące”, które kierunki najbardziej oblegane), w naukach humanistycznych nie tyle nie postuluje się uwzględnienia większej roli podmiotu w badaniach, co odchodzi się z tymi problemami w obiektywną science. Jeśli chodzi o psychologie wydaje się że najcenniejszych badań dostarcza dziś neuropsychologia, najbardziej poczytnymi socjologami są socjobiolodzy. Antropologia fizyczna nie wypiera u nas antropologii kultury tylko dlatego, że wyuczenie studenta fizycznej jest ileś tam razy droższe niż kulturowej. Nie trzeba go uczyć genetyki, nie marnuje się na niego odczynników, których koszt 5 gramów wynosi tysiąc złotych – wystarczą stare, wielorazowe książki. Oczywiście jest taka możliwość, że za 30-lat kiedy inne nauki które zawędrują już na swoje przyrodnicze przyczółki, będą patrzeć na taką poetycką etnologie, przez ten czas człapiącą w przeciwnym kierunku, wzorkiem pełnym zazdrości i zawiści o jej wyniki. Wszystko może się jednak skończyć o wiele gorzej, a drwiny których etnologia doświadczamy teraz, to nic w porównaniu z tym co czeka ją w przyszłości. Co gorsza, po co będzie łożyć na naukę, której owoce będą nie różnić się od pisarstwa – którego podatnik sponsorować nie musi.

  3. michał pisze:

    Myślę, że w Świętym Oficjum i GUKPPiW za czasów stalinowskich, panowała większa wolność słowa niż tutaj Wal! :) To ja się naprodukowałem na półtorej łordowej strony, wchodzę tu po paru dniach, a mojego komentarza nie ma! Ej! Po co się tam bawisz w ogóle w moderowanie komentarzy, które widzę tylko u ciebie i na prawicowych stronach, pisowoskich siepaczy :) Więcej wiary w ludzi :)

  4. Michal masz bardzo dużo racji – daj mi troche czasu, to odpowiednio ustosunkuję się do Twojego komntarza:)

    PS. Boski koment o cenzurze na blogu:P

  5. Racja, nie każdy z nas jest artystą (czyli osobą posiadającą jakiś talent oraz certyfikat na artyzm potwierdzony pieczątką dziekanatu ASP), choć pewnie wielu by chciało (och ja, och ja!). Łatwiej jest zostać naukowcem (albo raczej pretendentem do tego miana) – na studia humanistyczne można dostać się za jedyne 80 zł, na podstawie dostarczonych dokumentów. Legitymacja studencka pozwala na zabawę w miękką naukę – choć tu swobody za dużo nie ma – pisać można tylko teksty „naukowe” o ustalonej z góry formie – raporty z badań terenowych, licencjaty, magisterki, doktoraty i serie (seriami) artykuły – oczywiście – naukowe, w których (wiadomo) należy zacytować odpowiednią liczbę innych tekstów naukowych, z domierzoną (w odpowiednich proporcjach) liczbą nazwisk polskich i zagranicznych – należy jednak uważać, aby status naukowy owych nazwisk był odpowiedni – zbyt duża liczba socjologów czy psychologów mogłaby poddać pod wątpliwość tożsamość naszych poczynań. Oczywiście w tym wszystkim jest jakieś miejsce na wyniki naszych badan – ale ważniejsze od nich samych jest ich odpowiednie ulokowanie teoretyczne (sami raczej nie wymyślamy teorii, ograniczamy liczbę zdań ogólnych do niezbędnego minimum, a gdy trzeba, to oddajemy je pod rodzicielstwo bardziej zasłużonych nazwisk). W tym wszystkim badacz jest trzecioosobową personą ukrytą zgrabnie w tekście, język jest odpowiednio unaukowiony dzięki zwrotom szablonowym (które pzyswajamy czytając inne teksty). Informator jest anonimowym dostawcą informacji, z których badacz robi słuszny użytek. Dla mnie takie „reprodukowanie nauki” jest obraźliwe intelektualnie (choć oczywiście mój licencjat, magisterka i doktorat zostały/zostaną napisane w tej konwencji). W Polsce olaliśmy to, co działo się na zachodzie (jednocześnie sami nie proponując interesujących rozwiązań)… przejęliśmy tylko niektóre elementy tamtych rewolucji na zasadzie „a to nam pasuje” stąd pewnie takie niekonsekwencje w zachowaniu naszej kadry, która ochoczo podpisała się pod postmodernizmem, ale z eksperymentem w przedstawieniu to już za dużo do czynienie nie chce mieć. Rozumiem, gdy naukowego (realistycznego) pisarstwa trzymają się naukowcy ugruntowani w paradygmacie pozytywistycznym (czyli ci, co wierzą w obiektywnego badacza, zewnętrzną wobec niego rzeczywistość, którą należy odkryć i laboratoryjnie/statystycznie zbadać, a następnie wyniki tych badan skrupulatnie zakomunikować w formie przejrzystego tekstu), ale tych, co za serce chwycił nurt refleksyjny powinni się od takiego pisarstwa odżegnywać – a nie robią tego, bo u nas jest jak ma być, ma być tak jak jest, czyli „pozytywistycznie” = „naukowo”.
    Hastup (skandynawska bogini polskich antropologów) powiedziała kiedyś, że przekład życia na tekst może zabić życie. Sugerowała większą otwartość na korzystanie z nowych (innych niż realiztyczny tekst) form przedstawienia. Poezja jest dla mnie jedną z takich dróg (choć najmniej atrakcyjną) – oczywiście mało kto potrafi robić dobrą poezję (no i to jest problem – bo co to znaczy dobra?!), są badacze, którzy idą w stronę performensu (to inne coraz bardziej popularne słowo w antropologii), czy tacy, co tworzą instalacje etc. Ja osobiście jestem za korzystaniem z takich możliwości przy jednoczesnym zastrzeżeniu, że badacz nie powinien teraz przekształcić się w artystę, który roi swoje impresje w oderwaniu od rzeczywistości. Tworzenie przedstawienia, fotoeseju, instalacji multimedialnej powinno być poprzedzone badaniami terenowymi, a efekt takiej pracy badawczej powinien stanowić pogłębioną interpretacje danego zjawiska. Dzielo artystyczne mogloby wyrażać to, co zazwyczj zawarte jest w tekscie… albo przedstawiac to, czego nie da się wyrazić w slowch (z tego potencjalu sztuki chcą korzystac fenomenolodzy, którzy twierdzą, że doświadczenia zmyslowe są niekomunikowalne przy pomocy języka – dlatego poszukują innych form ekspresji). Dzięki takiemu podejści np. muzea etnograficzne mogłyby zapełnić się nie tylko realistycznymi kolekcjami przedstawiającymi to co przedstawione, ale takimi pełnymi artyzmu – bogatymi w znaczenia arte-faktami (dobrym przykładem tego jest intinteraktywna istalacja The Market From Here Hernandeza i Calzadilla).
    Jednak, jeśli antropolodzy mają zwrócić się w stronę sztuki, to należy zadać sobie pytanie o wartość takich prac – na jakiej podstawie zostały/zostaną one stworzone, co mają komunikować; czy badacz ma działać sam – czy nie powinien tworzyć takich prac we współpracy z bardziej kompetentnymi osobami – np. artystami/informatorami; czym jest tutaj estetyka i etyka etc. Ja nie znam odpowiedzi na te pytania – myślę jednak, że powinniśmy dać sobie szanse na dyskusje i eksperyment. Zaznaczam jednak, iż nie uważam, aby cala antropologia mogla pójść w tę stronę. W końcu powinna być jak ta umajona łąka i wyrażać się w różnorodności.
    Myślisz, że to rzczywiscie utopia – próba zatopienia antropologii? :P

  6. Inga Kuźma pisze:

    Ciekawy wątek! Pewno komentuję za późno.

    Mam wrażenie takie samo jak Pani i Pan: starsze pokolenie – wprowadzające ten osławiony postmodernizm – wystraszyło się chyba, że mogą spróbować inaczej czynić użytek ze swojej wyobraźni antropologicznej. W ogóle, czy wiedzą/wiemy, że ją mają/mamy?
    No i po co mieliby to robić?

    Nie wiem właśnie z jakich powodów nic o tym nie słyszymy, tzn. z jakich powodów nie chcieli w to wejść, czy w ogóle zdawali sobie sprawę, że można również w ten sposób, ale ciągle to pytanie: po co?

    Wyjątkiem okazały sie być poczyniania prof. Bakir do spółki z artystą Zmijewskim, ale zdaje się że po jakimś czasie ich współpraca przeżyła kryzys i nastąpił rozpad.

    Mogę też podzielić się własnym doświadczeniem: ze współpracy z jedną z Galerii w Łodzi i z tamtejszymi kuratorkami oraz z artystką Rajkowską (od palmy w W-wie).
    Moja rola była w jednym i drugim przypadku absolutnie służebna: głównie polegająca na przegadywaniu jakichś nieprawdopodobnych godzin z tymi osobami.
    Bardzo błyskotliwymi, wrażliwymi. To były rozmowy fascynujące, odkrywające zupełnie inne nastawienie do rzeczywistości. To nie banał, ale w tym głównie były emocje i wrażliwość, obrazy, metafory. Jakby cały czas proba wychodzenia poza zwyczajowy dyskurs. Aż zaczęłam się zastanawiać czy nie zająć się jakimś mini-badaniem świata wyobraźni tych osób, ale nie wiem jakie musiałabym mieć kwalifikacje, żeby się tego podjąć.

    A zauważcie, że artyści coraz mocniej wchodzą w sferę tzw. publiczną. To oni wyglaszają pewne rzeczy w sposób mocny, skrajny, rzadko naukowcy. Gdzieś w ich działaniach kryje się alternatywa, a nie w naszych propozycjach…

    Jest coś w tym, że czasami antropolodzy rodzą się by być terapeutami ;) Terapeutami wyobraźni nawet częściej, bo nie zawsze zaraz aż traum.

    (Wielkie słowo, którym zbyt często szafują ci, co nie mieli z nią ani osobiście ani w sposób zapośredniczony do czynienia, i w sumie dobrze, bo to złe przeżycia.)

    Słuchanie, wysłuchiwanie, zadawanie pytań, bycie lustrem, oto na czym polegał mój udział.
    No i przygoda intelektualna kiedy indziej, dużo później, u nas na etnologii podczas performencu innej artystki, która go specjalnie dla nas obmyśliła i wykonała. Niesamowita dyskusja była potem. Znów przez parę godzin.

    Nie wiem czy dałoby się inaczej niż być lustrem, bo artystka i kuratorki z którymi obcowałam, są silne, wiedzą czego chcą, mają własny język. Zgodziłam się „czymś” takim być.
    Byłoby jednak dla mnie bardzo ciekawe, żeby jeszcze kiedyś mieć tego typu doświadczenie, ale być bardziej czynnym uczestnikiem działania. Tyle że, wg mnie, ono byłoby nie czystą sztuką ani już antropologią, a czymś na pograniczu, hybrydą – może to dałoby jakiś ciekawy efekt wyobrażeniowy?
    Naprawdę, moje myślenie („sformatowane” naukowo) nie zawsze przystawało do myślenia artysty.
    Progiem były kwestie: czy coś można zrobić? Czy „aż” tak, czy w ten sposób? I najczęściej zgadzaliśmy się, że ja nie mogłabym jako badaczka, antropolożka, ale oni tak – bo są kuratorami, artystami. Różnica dyskursów, środków, szukanie po omacku gdzie się one mogą przeciąć, do czego jedne i drugie są sobie potrzebne, bo na pewno siebie ciekawe.

    Przepraszam za długość i dziękuję za możliwość zabrania głosu.

  7. Na komentarz nigdy nie jest za późno (:
    Myślę, że masz sporo racji pisząc o ograniczonym wykorzystaniu wyobraźni w praktyce badawczej. Mimo, iż wszyscy chyba przeczytali C. W. Millsa i P. Willisa, to nawet samo słowo „wyobraźnia” rzadko pojawia się w dyskursie antropologicznym. Oczywiście (bez końca) można-by winić naszą „starszyznę plemienną” za wszystkie te braki i niedostatki… ale nie ma już co płakać nad rozlanym mlekiem, warto natomiast poszukać przykładów zastosowania wyobraźni w antropologii; działań na pograniczu sztuki i antropologii etc. Dlatego tak bardzo ciesze się, że napisałaś o swoich doświadczeniach!
    Chciałabym odnieść się do tych dwóch pytań, które stawiasz w swoim komentarzu:
    – po co?
    – w jakiej formie?
    Na to pierwsze pytanie sama chyba już odpowiedziałaś. Sztuka pobudza emocje, porusza wyobraźnie, przemawia mocniej niż sformalizowany tekst naukowy. Na tym właśnie polega siła sztuki, że trafia prosto w serce i w środek czoła. Jeśli antropolodzy, chcieliby wyjść ze swoimi pracami poza mury uniwersytetów i otworzyć się na szerszy odbiór, to powinni „dostosować” prace do różnorodnych odbiorców, sztuka mogłaby nam to ulatywać. Poza tym, nie wszystko można wyrazić słowami. Czasem obraz (zatrzymany na fotografii, albo ruchomy w formie filmu lub „klipu”) może wyrazić to, co umyka językowi. To jedno. Z drugiej strony sztuka może przydać się także w samym procesie badawczym, może ułatwić informatorom „wyartykułować” to, co stanowi przedmiot badań – bo przecież nie wszyscy swobodnie poruszają się wśród słów. Są ludzie, którzy przemawiają tańcem, czy obrazem; inni w kilku słowach wzmocnionych beatem, wyrażają więcej niż przy użyciu miliona wyrazów; otwartość badacza, na rożne formy ekspresji, pozwala na pogłębienie badań, szczególnie, gdy są one prowadzone wśród dzieci, czy młodzieży z rodzin patologicznych etc. [Finney 2009].
    Drugie pytanie zawiera się po części w tym pierwszym. Oczywiście antropolodzy mogą wspólpracować z artystami – Ty podałaś trzy przyklady, ja mogę od siebie wspomnieć jeszcze o spektaklu Talabot wystawionym przez duński zespól teatralny Odin Teatret, którego główna bohaterką stała się Kristen Hastrup; również projekt, który wraz z Łukaszem Michoniem i Anną Juchnowicz realizujemy przy Zakładzie Sztuk Wizualnych wrocławskiego ASP, czy koordynowany przez Katarzynę Majbrodę projekt współpracy wrocławskich etnologów i artystów z włoskiej spółdzielni artystycznej TTheatralia- mają na celu wzmocnienie działań artystów poprzez badania etnograficzne, uatrakcyjnienie wyników badań etnograficznych, poprzez sztukę.
    Czy etnolodzy mogą wykorzystać sztukę w swoich badaniach, bez korzystania z pomocy artystów? Myślę, że tak. Należy uzmysłowić sobie, iż artyści nie mają wyłączności na użycie pędzla i kamery. jeśli potraktujemy malarstwo, taniec, film tylko jak pewne formy wyrazu (inne niż język), to myślę, że łatwiej będzie nam wyobrazić sobie licencjat, który będzie scenariuszem przedstawienia (czy nawet samym przedstawieniem). Fakt, wciąż rozbijamy się o opór „naukowej” wyobraźni naszych starszych kolegów, ale myślę, że z czasem będą musieli oni ulec, wobec siły wyobraźni młodszych pokoleń.
    Czego i Tobie i sobie życzę.
    Mam nadzieje, że w sposób adekwatny odniosłam się do twoich słów(:
    Pozdrawiam

    • Inga Kuźma pisze:

      Oczywście, że odpowiedź jest adekwatna, czuję się w pełni usatysfakcjonowana :) Dziekuję :)
      Moje dziwienie sie, ale rzeczywiste – bo zrobiłam szybki przegląd w głowie ewentualnej twórczości większości środowiska etno z pokoleń starszych i wyświetlilo mi się „0” (ale mogę o wielu rzeczach nie wiedzieć) – nie jest wyrazem pretensji do nich czy dezaprobaty.
      Świat był chyba po prostu widziany inaczej i wbrew deklaracjom, jakie uzasadniał (usprawiedliwiał?) postmodernizm, podziały między dyscyplinami były łatwiejsze do wytyczenia. Może dopiero teraz realizuje się coś, co ze sobą miał nieść?
      Indczej patrzymy na teren, gdzie indziej chcemy go widzieć, prościej więc pewno nam – choć nie mówię, że nie wymaga to odwagi – wchodzić w inne kostiumy, bawić się wręcz tożsamością antropologiczną (jakby „queerować” trochę, albo i „draqueenowac”, a może i kogoś ponosi w jego pracy także w stronę „campu” – coś z tego przecież też na pewno przenika do naszej epistemologii).
      Szukamy innego języka, bardzo często badamy ekspresje (lub tak traktujemy to, co badamy), więc i nas zaczyna znosić w stronę takiego środka wyrazu myśli i efektów poznania.
      Dużo jest w tym eksperymentu.
      Będzie bardzo ciekawe, kiedy nastąpi za ileś lat wymiana pokoleniowa wsród czynnych antropologów, jak będziemy pisać, jak badać i jaki mieć stosunek do kolejnych zmian.
      P.S. w Łodzi powstaje jako praca magisterska film (nie jestem pewna czy z pełna realizacja, czy scenariusz… ale chyba jakiś materiał też jest kręcony), i chyba to już jest druga taka praca (na seminarium mojej szefowej, prof. Sroczyńskiej).

  8. Inga Kuźma pisze:

    Dodam jeszcze, że w zasadzie teraz to „skłamałam” pisząc o zerze: właśnie twórczość scenariuszowa prf. Sroczyńskiej i dr Krystyna Piątkowskiej, u których pracuję. Hasło „film” otworzyło mi klapkę w głowie.

  9. Inga Kuźma pisze:

    I jeszcze mam prośbę: padło nazwisko Finney (z data 2009), przy wątku dzieci zagrożonych wykluczeniem, ale objętych nie tylko badaniem etno lecz działaniami na pograniczu sztuki. Mogłabym dowiedzieć się czegoś więcej o tej pozycji?

  10. S. Finley, Badania posługujące się sztuką. Rewolucyjna pedagogika oparta na performensie, [w:] Metody badań terenowych, pod red. N.K. Denzina, Y.S. Lincoln, Warszawa 2009. Poza tym w najbliższym czasie w ZEWie ukaze sie tekst Łukasza Michonia na temat artystycznej antropologii.
    Strasznie ciekawie brzmi to o czym piszesz – czy można gdzieś więcej poczytać (zobaczyć) efekty działań prof. Sroczynskiej i dr Piatkowskiej?

  11. Inga Kuźma pisze:

    Dzięki. Widzę, że po prostu jeszcze tej „biblii” Denzinowskiej-Linckonowskiej nie przejrzałam dokladnie :))
    A o ich udziałach przy pracach w filmie, może przez portal film polski coś znajdziesz? Moze coś dały z dorobku na naszej stronie (www.etnologia.uni.lodz.pl)? Ale to byly dokumenty o tematyce etnograficznej w tradycyjnym rozumieniu tego slowa (więc nie jakś fabuła czy film artystyczny) lub czasami pozostające na granicy lekkiej fabularyzacji.

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Log Out / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Log Out / Zmień )

Facebook photo

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Log Out / Zmień )

Google+ photo

Komentujesz korzystając z konta Google+. Log Out / Zmień )

Connecting to %s